Reklama
Zalew Szczeciński i Stralsund 2016 - relacja PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
środa, 02 listopada 2016 08:56

Jak każdy rejs po wodach zatokowych i morskich wymaga bardzo starannego przygotowania, zwłaszcza, kiedy dotyczy to łodzi mieczowych. Już w lutym zaopatrzyłem się w niemieckie mapy marskie, edycja z 2015 r., dodatkowo wydawnictwo „Wybrane porty Niemiec Wschodnich” J. Kulińskiego, zdecydowanie ułatwiły mi przygotowanie trasy i harmonogramu rejsu. Projektowany udział około 11-12 łodzi sprawiał dodatkową trudność organizacyjną sprowadzającą się do tego, że w wielu portach czy marinach w Niemczech nie ma aż tylu miejsc postojowych dla gości. Większość miejsc zajmują rezydenci, którzy jak widać po stanie łódek bardzo rzadko na nie zaglądają. Najważniejsze to ustalenie trasy, długość dziennych przelotów, doliczenie czasu na ewentualne postoje „pogodowe”, potem żmudne wyszukiwanie w internecie adresów do hefenmajstrów zaplanowanych w harmonogramie marin i na koniec korespondencja w sprawie pobytu. Niestety różnie z tymi adresami bywało, różnie też z odpowiedziami na pytanie o możliwość pobytu tak licznej grupy. Po ostatecznych zmianach w harmonogramie, uznałem, że podczas trzytygodniowego rejsu odwiedzimy piętnaście portów. Pozostały czas przeznaczony był na zwiedzanie odwiedzanych miejsc.

Aby utrzymać chronologie czasu i miejsc, zacznę od miejsca startu rejsu.

Camping Marina PTTK, położona jest na płd. brzegu jez. Dąbie. Miejsce to wymaga dłuższego opisu, bo nie na co dzień spotyka się w żeglarskiej wędrówce takie przyjazne miejsca. Pomimo że marina trochę nawietrzna, zwłaszcza przy płn. wiatrach, to infrastruktura ośrodka: media i woda na pomostach, duże przestronne sanitariaty, zmywalnia, tawerna, a przede wszystkim gościnność gospodarzy Oli i Andrzeja Kocewiczów, warta jest szczególnego podkreślenia i uznania.

Poza tym mnóstwo zieleni i kwiatów, które są oczkiem w głowie gospodyni, zaś drewniany żaglowiec s/y Olander, to przykład kunsztu szkutników, którzy pod wodzą Andrzeja potrafili z powrotem wskrzesić porzucony stary drewniany kuter i zwrócili duszę jednostce, która teraz w podzięce Armatorom wygrywa liczne regaty oldtimerów.


Chaeau bas dla Gospodarzy mariny, z życzeniami oby mogli zawsze przyjmować żeglarzy i turystów dodatkowo zachęconych do przyjazdu posiadaniem przez marinę prawa do używania znaku „Błękitnej Flagi”, w międzynarodowym projekcie dotyczącym promocji ochrony środowiska w miejscowościach nadmorskich, kąpieliskach i przystaniach jachtowych. Również panującą w ośrodku atmosfera, życzliwość i uczynność gospodarzy to prawdziwy magnes przyciągający odwiedzających.

Po uroczystej kolacją w dniu 25.06.16 r, załogi już spragnione żeglugi, z niecierpliwością czekały na pierwszy etap rejsu do Stepnicy. Szybka ranna odprawa zmieniająca trasę odcinka, tak, aby można było się zatrzymać na godzinę przy Wałach Chrobrego w Szczecinie i wszyscy w znakomitych humorach wychodzimy „na wodę”. Pogoda dopisuje, wiatr również, więc około 16.30 wchodzimy do wąskiego, długiego kanału będącego jednocześnie przystanią w Stepnicy. Niestety prawy brzeg zajęty prawie do samego Zalewu, nam po rekonesansie w głębi kanału pozostaje cumowanie na jego lewym brzegu, kilkaset metrów od toalet i bosmana !!. Ot proza, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się nie lubi, dobrze, że tylko jedna noc. Dzień następny to przelot do Nowego Warpna, ostatniej mariny po polskiej stronie Zalewu. Specjalnie płyniemy lewym brzegiem, aby zobaczyć, czy po ostatniej zmianie Gospodarza, coś się zmieniło się w Trzebieży?.

Niestety, na razie raczej wieje grozą, zarośnięty, pusty teren i kilka samotnie stojących przy kei jachtów.

Nawet wychodząc dość daleko w wody Zalewu Szczecińskiego (płycizny i sieci na lewym brzegu), przy sprzyjającym i tężejącym cały czas wietrze, dość szybko docieramy za Nowego Warpna. Tam konkretna postura bosmana, zdecydowane polecenia i pomoc przy cumowaniu, pomagają przy szybkim zajęciu miejsc przy pomostach. Sama przystań niewiele się zmieniła, (ale jest wszystko, co potrzeba żeglarzowi), za to same Nowe Warpno to już zupełnie inna miejscowość. Gdyby nie układ ulic naprawdę trudno go poznać. Odnowione kamieniczki w Rynku, zmienione lub wyremontowane uliczne bruki, bardzo ładnie, nie szablonowo zaprojektowana wieża widokowa z bezpłatną lunetą, aleja żeglarskich gwiazd, a przede wszystkim nowy bulwar i zagospodarowanie brzegu Jeziora Nowowarpieńskiego, robi bardzo pozytywne wrażenie. Przy słonecznej, choć trochę wietrzej pogodzie wielu uczestników rejsu zdecydowało się na dłuższe spacery. Zastanawiający jest tylko brak wykorzystania terenu po byłym urzędzie celnym. Terenu z położoną „kostkową” nawierzchnią, łatwym dojazdem i oznakowanym podejściem od strony wody.


Atrakcyjność miejsca i zachęcajaca pogoda sprzyjały wieczornej biesiadzie pod rozłożystą topolą. Dodatkowe muzyczne uatrakcyjnienie spotkania dzieki grze Mariusza-gitara i Grzesia –organki, mnóstwo harmonijek ustnych, przyciagneła do wspólnego stołu innych gości mariny.

Coraz bardziej wietrzna pogoda w drodze do Ueckermünde, wymusza od wszystkich uczestników rejsu sporej uwagi i staje się najlepszym egzaminem umiejętności i przewidywania. Dodatkowo mordewind, wszędobylskie sieci poza forwaterem i płycizny a pod koniec etapu deszcz, tak najkrócej można podsumować pierwszy „niemiecki” odcinek rejsu. Zmęczeni ale i zadowoleni cumujemy przy lewym brzegu Wkry, w JachtClub Ueckermünde, około 2,5 km od ujścia rzeki, za to bardzo blisko ładnego miasteczka.


Nauczeni poprzednim dniem, w trasę do przystani w Karmin, tuż za pozostawionymi na końcu Zalewu fragmentami starego mostu zwodzonego, wyruszamy już o 7.00 rano. Ale jak to bywa z Neptunem, dodatkowo obłaskawionym poprzedniego dnia odpowiednimi płynnymi darami, powiał nam wschodni wiatr i już po niecałych trzech godzinach mijamy miejsce planowanego postoju. Krótki rzut oka na mapę i płyniemy w kierunku zwodzonego mostu w Zecherin, tym bardziej, że informacje w locji wskazują na jego otwarcie o godz. 12.00. Upewnia nas jeszcze w tym spora grupa nie tylko niemieckich jachtów, oczekujących po obu stronach mostu. Szybko jednak przekonujemy się, że jesteśmy jednak we wschodnich Niemczech. Godzinne oczekiwanie przed mostem, czyli pływanie w kółko, po niewielkim akwenie i nasilającym się wietrze, powoduje nerwowe reakcje wszystkich oczekujących. Jak udaje się nam dowiedzieć, nawet telefony wykonywane w tej sprawie przez Niemców niczego nie wyjaśniają. Co ciekawe dokładnie to samo spotyka nas w drodze powrotnej, też sporo oczekujących jachtów po obu stronach mostu i godzinne opóźnienie w jego otwarciu.


Przy sprzyjającym baksztagu a potem półwiatrach szybko docieramy do Lassan, z małą, ale bardzo sympatyczną i do tego tanią mariną. Przemiła bosmanka skasowało ode mnie 4,9 € za 7 metrowy jacht, prąd w cenie cumowania + po 0,5 € za toaletę i prysznic. Nic tylko cumować, o tej marinie napisze jeszcze dzieląc się wrażeniami z drogi powrotnej.

Na następny dzień, wiedząc, że do Wolgastu pozostał nam już niewielki odcinek wcale nie spieszymy się z wyjściem z mariny, a przed nami ponownie zwodzony most, już w samym mieście. Tutaj na szczęście, most jest otwierany punktualnie i za chwilę, na lewym brzegu cumujemy w marinie Horn. W marinie, która lata swej świetności ma już dawno za sobą, niby na pomoście jest prąd i woda (dla niepoznaki kran oznakowany symbolem niezdatności wody do picia), ale samo pokrycie pomostu to całkiem długi przegląd materiałów, z których został łatany. Do tego godziny urzędowania hafenmajstra i otwarcia toalet nie dają się w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć. Niby wszystko na miejscu, ale robi całkiem nie niemieckie wrażenie. Za to Wolgast- stare hanseatyckie miasto robi bardzo pozytywne wrażenie, warte dłuższego spaceru o różnych porach dnia. Tutaj, niedaleko przystani, w starym spichlerzu przerobionym na restauracje, zaopatrzeni w akcesoria kibica, razem          z Niemcami oglądamy mecz Polska –Portugalia. Po rzutach karnych wielu z nich oklaskami gratulowało nam tak żywiołowego kibicowania, co choć trochę zmniejszyło nasz smutek po przegranym meczu.


Fajne chwile szybko mijają i po dwóch dniach pobytu w marinie Horn wypływamy do Greifswaldu. Sprzyjający, choć dość silny wiatr 4-5°B szybko prowadzi nas do ujścia rzeki Ryck, nad którą około 3-4km w górę rozłożył się hanseatycki Greifswald. Zaraz po wpłynięciu w rzekę mijamy charakterystyczne żółto-niebieskie, półkoliste wrota przeciwpowodziowe, za którymi na lewym brzegu rzeki leży Jachtcklub Wieck. Idealne miejsce z y-bomami do poczekania na podniesienie (zgodnie z rozkładem) następnego mostu zwodzonego, zamykającego nam drogę do samego miasta.

Samo miasto Greifswald to temat na osobną historię, historię sięgającą początków XIII w. Czyste, zadbane, ze staranie odrestaurowaną Starówką.

Na miejscu cumujemy prawie w samym centrum, w Marinie Yachtzentrum, w sporej zatoczce na lewym brzegu rzeki, w otoczeniu niewysokich apartamentowców, z porządną infrastrukturą brzegową. U hafenmajstra wszystko załatwiamy szybko       i sprawnie, otrzymujemy żółte czipy, na których zakodowane są wszelkie informacje o łódce i wykupionych usługach. Służy on również do otwarcia, nieco schowanego za wiklinowym parawanem wydzielonego terenu do wyrzucania śmieci, oczywiście        w pełni posegregowanych. Niestety deszczowa, choć ciepła pogoda nie sprzyja specjalnie na dłuższe spaceru, jesteśmy jednak pod wrażeniem stojących wzdłuż nabrzeża rzeki starych jachtów i małych żaglowców, wracając na przystań mijamy budynki zlikwidowanej stoczni, w której rekonstruowane są pieczołowicie stare drewniane łodzie. Dokładnie miejsce to opisał A. Colonel Remiszewski w swojej relacji na stronach SSI J. Kulińskiego - http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=2996&page=0.

Tak jak w Wolgaście i tutaj dwa dni szybko przelatują, trzeba szykować się do przeskoku do celu naszego tegorocznego rejsu – Stralsundu.

W dalszym ciągu Neptun nam sprzyja, więc bez problemów docieramy w pobliże ostatniego w tę stroną rejsu mostu zwodzonego. Nowoczesny, bardzo wysoki most, otwarty w 2007 roku łączący Rugie ze stałym lądem, prezentuje się okazale i nie jest żadną przeszkodą nawet dla jachtów z bardzo wysokimi masztami. Pozostaje do pokonania most, który na szczęście punktualnie i często jest otwierany. Mając jeszcze kilka minut czasu do jego podniesienia, w towarzystwie kilkunastu jachtów, oglądamy widoczne już z daleka Oceanarium i stojący przy nabrzeżu, jako muzeum żaglowiec Gorch Fock II.(dawny Tawariszcz), dodatkowo warto przeczytać http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=2969&page=30.


Choć w Stralsundzie jest kilka przystani, my na bardzo miłe zaproszenie cumujemy w Stralsund Citymarina. Nie jest to najtańsze rozwiązanie, o wyposażeniu mariny nie będę pisał - jest wszystko, ważne, że bliskość wszystkiego, co można a nawet trzeba zobaczyć, rekompensuje finansowy ból przy kasie hafenmajstra.

W Stralsundzie koniecznie trzeba zobaczyć Oceanarium, choć nie tanie, wydaje się warte zobaczenia, dalej Muzeum Morskie, uroczą Starówkę. O klasie miasta i jego walorach niech świadczy fakt, że na początku XXI w, miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Można godzinami krążyć po jego wąskich, tajemniczych uliczkach i zawsze znajdzie się coś ciekawego, nowego czy zaskakującego. Ale to już zbyt subiektywne odczucie, aby je tutaj dalej rozwijać. Po prostu warto tutaj przyjechać i samemu się przekonać.


Wszystko dobre jednak kiedyś się kończy, czas wracać do Polski. Z mariny wypływamy przed 8.00, aby zdążyć na pierwsze otwarcie mostu w tym dniu. Płyniemy do Gager, ładnej przystani zastawionej od wschodnich wiatrów dość wysoką, zarośniętą moreną. Wiatr, jak to wiatr, nie pyta się nikogo skąd ma wiać, potrafi mieć ułańska fantazję. Wypływając ze Stralsundu wiedzieliśmy z prognozy pogody, że wiatr będzie tężał z SWW, ale nic nie było mowy o karuzeli kierunków.  W jednej chwili płynęliśmy baksztagiem, by za moment ostrym bajdewindem, a potem w sporym przechyle, ale półwiatrem. Ciekawe doświadczenie.

Po zacumowaniu w Gager, miejscowości typowo letniskowej, z mnóstwem przepięknych starych domków i nowoczesnych bungalowów do wynajęcia, czekała na nas grochówka, przygotowana przez Rysia, naszego rejsowego specjalistę od gotowania. Z mnóstwem kawałków mięsa, z należytą porcją majeranu i dobrze rozgotowanym, moczonym grochem. Mniam, mniam, są dania, które tylko  w specyficznych sytuacjach, w gronie ludzi, którzy chcą ze sobą przebywać, mogą tak smakować.


Wieczorem wiatr się zmaga, prognozy mówią o 8°B w dniu jutrzejszym, to zdecydowanie za dużo na nasze łódki. Na szczęście w harmonogramie rejsu mamy przewidziany ten dzień, jako tzw. bosmański. Czas na dokładniejsze zwiedzanie miasteczka i ładnej okolicy. Na dole w porcie, zasłonięci od wiatru, raczej go słysząc niż widząc na wodzie, nie zauważamy, co się dzieje na odkrytym na otwarte morze odcinku naszego rejsu. Silny wschodni wiatr wpycha ogrom wody do Zatoki Greifswaldzkiej, podnosząc jej poziom. Z niepokojem przeglądam prognozy pogody na różnych portalach na następny dzień, wiatr ma ucichnąć, ale niestety zafalowanie pozostanie, woda musi wrócić do Bałtyku. Rano wieje 2-3°B z SWW do W, czyli przyzwoicie, gdyby nie fala. Około 14.00 wychodzimy z Gager w kierunku Peenemunde, buja okropnie pomimo półwiatru, na szczęście nie jest specjalnie daleko. Po niecałych trzech godzinach chowamy się za cypel i wpływamy do przystani miejscowego klubu żeglarskiego. Zastawieni od wiatru betonowym nabrzeżem, na wszelki wypadek zakładamy dodatkowe szpringi. Noc przebiega spokojnie, fala się wypłaszcza, wiatr siadł prawie zupełnie.

Następny dzień to piękna słoneczna pogoda, idealna do całodziennego zwiedzania ulokowanego w starej elektrowni muzeum V1 i V2 oraz poradzieckiej łodzi podwodnej. Obowiązkowy punk zwiedzania dla tych, którzy są w pobliżu lub pierwszy raz. Tutaj tez rozstajemy się z załogą Plutka - Elą i Mariuszem, którym kończy się już urlop i muszą wcześniej wracać do Polski. Szkoda, bo to bardzo fajna para.


Dalej już zasłonięci z obu stron od otwartego morza, szybciutko płyniemy dalej, ponownie do Lassan. W programie rejsu pobyt planowany był w niedzielę, ale zachęceni ceną postoju i wiedząc z internetu, że w sobotę mają się odbyć tam miejscowe neptunalia, ryzykując, że nie znajdziemy miejsca do cumowania, podpływamy do przystani. I tutaj niespodzianka, wczesna pora pozwala nam spokojnie zacumować po wewnętrznej stronie pomostu i oczekiwać na wymienione w komunikatach atrakcje. Jakieś dwie godziny później, na przystani nie można już wetchnąć przysłowiowej szpilki. Popołudnie i wieczór upływa nam na luzie                  i rozrywkowo. Przygotowana scena, liczne konkursy dla dzieci i dorosłych, same zabawne neptunalia w niemieckim wykonaniu, potem wieczorne tańce ze spokojną muzyką, to najkrótszy opis tego wieczoru.

 

Również i nam czas nie pozostawia większej swobody, musimy trzymać się planu rejsu. Z Peenemunde, omijając tym razem Wolgast płyniemy do Usedom, maleńkiej zacisznej przystani, w niewielkiej zatoce wyspy Uznam. Nieduży kanał o betonowych ścianach robi za przystań. Wcześniej pewnie cumowały tu spore kutry rybackie, nie mniej zacisznie i spokojnie. Prąd i woda na miejscu, przybyła samochodem bosmanka skasowała niewielkie pieniądze, spytała się czy nam czegoś nie potrzeba i odjechała. Pojawiła się na następny dzień wcześnie rano, posprzątała WC, pokręciła się jeszcze chwilę i ponownie znikła.

Samo Usedom, to senne, sprawiające wrażenie wymarłego miasteczko. Ładne, z odrestaurowanym centrum, z Rynkiem i Ratuszem, dwoma dużymi sklepami znanych sieci i .. tyle. Warte odwiedzenia, na chwilę.

Po sprawdzeniu prognoz pogody decydujemy, że ze względu na zachodni wiatr i bardzo nawietrzny z tego kierunku port w Kamminke, płyniemy ponownie do Nowego Warpna. Tym bardziej, że kierunek wiatru aż zapraszał do zawinięcia do pierwszego portu w Polsce. Tutaj witani jesteśmy prawie jak swoi, szybka i sprawna pomoc bosmana i bezpiecznie stoimy przy nabrzeżu.

Jako ze kierunek wiatru się utrzymuje, następnego dnia robimy szybki przeskok przez Zalew Szczeciński do Wapnicy, na jez. Wicko Wielkie. Położona prawie przy płn. brzegu jeziora przystań, w długim wąskim kanale nie robi na mnie najlepszego wrażenia. Nie mniej po wpłynięciu do przystani, szybkiej reakcji i pomocy bosmana przy cumowaniu łodzi przy dopychającym wietrze, przekazanej pełnej informacji o warunkach, cenach i regulaminie przystani, szybko zmieniłem zdanie. Bezpieczne, betonowe nabrzeże, z mediami, w głębi przystani y-bomy, nowy piętrowy budynek bosmanatu z pełnym węzłem sanitarnym, całodobową ochroną kamer, ogólnie dostępna jadalnia z wyposażeniem, życzliwość i uczynność obsługi robi bardzo pozytywne wrażenie. Z przyjemnością spędziliśmy tu dwa dni, odwiedzając przy okazji Międzyzdroje, Turkusowe Jezioro w Wolińskim Parku Narodowym oraz Muzeum V3 w Zalesiu.


Mając w zapasie jeszcze jeden dzień rejsu, postanowiliśmy odwiedzić dodatkowo Wolin, zachęceni informacjami o oddaniu w 2015 r do użytku żeglarzy nowej przystani. Pamiętając z poprzednich lat jak wyglądało oczekiwanie na dwukrotne      w ciągu dnia otwarcie mostu drogowego, chciałem zweryfikować te informacje. Cóż, budynek piękny, ze wszystkimi bajerami, kuchnią z kuchenkami mikrofalowymi, ekspresami do kawy, zmywarkami, pralkami, suszarkami itd., ładna przestronna jadalnia (przynajmniej ustawienie stołów mogło to sugerować), ale obsługa!?. Bosmana w dniu przypłynięcia w ogóle nie widzieliśmy, choć w regulaminie przystani wyraźnie zaznaczono, że tylko on może wyznaczyć miejsce do cumowania. Może dla tego, że dość mocno padało. Panie w biurze były bardzo niezadowolone, że wszedłem uiścić opłaty w mokrej kurtce, a moja prośba o wystawienie faktury spowodowała na twarzy Pani Biurowej grymas jakby przed chwilą wypiła kubek soku z cytryny. Nasza prośba o pozwolenie skorzystania z jadalni, gdyż pogoda nie sprzyjała spotkaniom na kei, wzbudziła również ogromne podenerwowanie, a nuż postawimy gorący kubek z herbatą na nowych stołach, pobrudzimy, porozlewamy i w ogóle spowodujemy jakieś małe tornado. Na nasze zapewnienia, że po naszym wyjściu wszystko pozostanie w stanie zastanym, nie wzbudziły zaufania. Panie cały czas spacerowały po sali, nachalnie przyglądając się, co robimy. Jakiś koszmar odstraszający żeglarzy, tym bardziej, że nic nie zmieniło się także w częstotliwości otwarcia mostu w Wolinie, dalej tylko dwa razy dziennie. To jakieś nieporozumienie na cenionym przeze mnie Zachodniopomorskim Szlaku Żeglarskim.

Generalnie, Szanowne Panie robiły wszystko, aby później nic nie robić, pozostawiając w nas duży niesmak, a na pewno brak chęci reklamowania tego miejsca komukolwiek.  Poddaje to pod uwagę dyrekcji MOSiR w Wolinie.

Zupełnie odwrotnie postępują właściciele i obsługa w Camping Marinie PTTK nad jez. Dąbie czy bosmani na przystani w Wapnicy. Jeszcze raz dziękuję im w imieniu uczestników i swoim własnym, za pomoc i życzliwe przyjęcie w swoim marinach. Dzięki. Czyli mogą być BOSMANI i niestety tylko pracownicy przystani.

Aby nie skończyć swojej relacji w tak minorowym nastroju, podsumuje nasz rejs i wrażenia z niego tymi słowami.

Absolutnie nie mamy się, czego wstydzić w Polsce, jeżeli chodzi o standard i lokalizacje powstałych przystani. Przepływając w 2014 i 2015 roku rzekami i kanałami zachodniej Europy prawie 3400 km, twierdzę, że większość odwiedzanych miejsc nie dorównuje tym naszym, wybudowanym za unijne pieniądze, w najnowszych standardach i technologiach. Oni mają przystanie z tradycją, a my nowoczesne przystanie. Może zabrzmieć to jak banał, ale proszę spojrzeć na mariny już wymienionego przeze mnie wcześniej Zachodniopomorskiego Szlaku Żeglarskiego, Pętli Żuław i Zalewu Wiślanego, czy Pętli Wielkopolskiej, nie wspominając o wielu pojedynczych przystani na Mazurach, Jezioraku, Wdzydzach. Trochę tak jak w przysłowiu -„cudze chwalicie, swego nie znacie”. Brakuje nam wystarczającej ilości dobrych locji, a przynajmniej przewodników po nowych szlakach wodnych, koniecznie w zrozumiałym dla gości językach, a przede wszystkim promocji, promocji i jeszcze raz promocji. Dalej niestety pokutuje u zachodnich wodniaków przekonanie, że dalej od Odry na wschód nic nie ma (czytaj pływają dłubanki i nie ma oczywiście gdzie się zatrzymać). Sami się boleśnie o tym przekonaliśmy, rozmawiając z zachodnimi turystami wodniakami na temat ich planów rejsowych na następne lata. Przekazywaliśmy im zabrane z Polski materiały dotyczące Pętli Wielkopolskiej i Żuławskiej, locje i informatory ładnie edycyjnie wydane po niemiecku i angielsku, pokazywaliśmy własne zdjęcia z rejsów, niestety rozmowa zazwyczaj kończyła się w momencie pytania o gwarantowaną głębokość na wymienionych szlakach. Zdaje się, że jest to niestety jedyna rzecz, którą nie będziemy mogli nigdy im zapewnić!!.

A wracając do samego rejsu, przy dokładnym przygotowaniu trasy, odrobinie doświadczenia i zdrowego rozsądku można pływać w grupie na małych łodziach mieczowych wzdłuż każdego wybrzeża. Nie trudność w pokonaniu takiej trasy jedną łodzią, trudność przygotować i usatysfakcjonować wielu.

Dziękuję wszystkim uczestnikom rejsu, że chcieli ze sobą być, że co roku chcą poznawać nowe akweny, że można pod wspólną banderą PTTK tworzyć fajną ekipę.

Dziękuję przede wszystkim mojemu Kochanemu Dziubkowi, że jest i chce razem ze mną pływać.

Komandor rejsu

na swoim i za swoje, zawsze w kamizelce

Wojtek Skóra

Poprawiony: środa, 02 listopada 2016 09:44
 
Zlot Cieszyn 2016 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
wtorek, 16 sierpnia 2016 07:03

Zaproszenie

na XXXIII Kurs i Zlot Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK

„Cieszyn 2016”

 

Zapraszamy wszystkich Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK, kandydatów na kurs instruktorski oraz sympatyków i przyjaciół PTTK, na coroczny Zlot organizowany przez Cieszyński Oddział PTTK i Komisję Turystyki Żeglarskiej ZG PTTK.

W tym roku gościć będziemy w dniach 22-25.09.2016r. w Cieszynie, noclegi w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji na Alei Jana Łyska 21.

 

Ramowy program zlotu:

L.P.

Data/Godzina

Wydarzenie

Miejsce

1

2016.09.22 (czwartek)

 

Od 15:00

 

 

 

Zakwaterowanie

MOSiR Cieszyn,

Al. Jana Łyska 21

43-400 Cieszyn

tel.  33 852-53-48

2

2016.09.22 (czwartek)

18:00-21:00

Kolacja – powitanie uczestników

MOSiR Cieszyn

3

2016-09-23 (piątek)

8.00-8.30

Śniadanie

MOSiR Cieszyn

4

2016-09-23 (piątek)

9:00

 

Wyjazd na wycieczkę: Ustroń – Wyjazd na Czantorie lub Równicę, Skocznia w Wiśle Malince, muzeum Adama Małysza w Wiśle.

W trakcie wycieczki obiad.

Ustroń, Wisła,

5

2016-09-23 (piątek)

 

19:00

Ognisko, kolacja, tańce

Camping OLZA

Al. Jana Łyska 16

43-400 CIESZYN

6

2016-09-24 (sobota)

8:00-8:30

Śniadanie

MOSiR Cieszyn

7

2016-09-24 (sobota)

09:00

Kurs na instruktora Turystyki Żeglarskiej

MOSiR Cieszyn – sala konferencyjna w gościńcu – 1 piętro

8

2016-09-24 (sobota)

9:00

 

 

Zwiedzanie Cieszyna w tym Browar Zamkowy, 11:00

Wizyta w Sali sesyjnej, spotkanie z władzami Miasta 9:00

Rynek Cieszyn – obok fontanny św. Floriana.

9

2016-09-24 (sobota)

13:00

Obiad czeski po czeskiej stronie

 

10

2016-09-24 (sobota)

15:00

 

Niespodzianka

COK Dom Narodowy

Rynek 12

43-400 Cieszyn

11

2016-09-24 (sobota)

 

18:00

Kolacja z żeglarzami z Klubu Żeglarskiego STERNIK z Cieszyna

Karczma „Pod dębem”

Al. Jana Łyska 24

43-400 Cieszyn

12

2016-09-25 (niedziela)

8:00-8:30

Śniadanie

 

13

2016-09-25 (niedziela)

09:00

Spotkanie podsumowujące

MOSiR Cieszyn – sala konferencyjna w gościńcu – 1 piętro

14

2016-09-25 (niedziela)

12:00

Obiad – pożegnanie uczestników

MOSiR Cieszyn lub inna restauracja

15

2016-09-25 (niedziela)

13:00

Wyjazd

 

 

Ramowy program Zlotu w zależności od pogody i sytuacji organizacyjnej może ulec pewnym modyfikacją, nie mniej Organizatorzy dołoży wszelkich starań, aby wszystkie zaproponowane elementy Zlotu odbyły się w przedstawionej kolejności.

Wszyscy uczestnicy zlotu otrzymują pamiątkowe butony i są podczas pobytu dodatkowo ubezpieczeni przez firmę AXA. Odpłatność dla członków PTTK – 350.00 zł od osoby, pozostali 370.00 zł.

Wypełnioną Kartę Uczestnika proszę wysłać do dnia 15.09.2016 r. pocztą elektroniczną na adres: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. Dodatkowe informacje pod nr telefonu: 602-451-456.

Wpłaty za udział w zlocie, również do dnia 15.09.2016 r. proszę przekazać na konto Górnośląskiego Oddziału PTTK, 40-013 Katowice, ul. Staromiejska 4, ING BANK ŚLĄSKI: 21 1050 1214 1000 0007 0055 6913, koniecznie z dopiskiem „Cieszyn 2016”

Współrzędne geograficzne dla MOSiR w Cieszynie: 49.740515N, 18.629067E.

 

KARTA UCZESTNIKA

Poprawiony: wtorek, 16 sierpnia 2016 07:58
 
ZALEW SZCZECIŃSKI I STRALSUND 2016 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
wtorek, 08 marca 2016 20:12

Szczecin – Nowe Warpno – Ueckermünde – Karmin

- Wolgast – Stralsund – Baabe – Peenemünde

-Ussedom – Kamminke - Świnoujście

25.06. – 16.07.2016 r.

REGULAMIN

XXXVII OGÓLNOPOLSKIEGO REJSU

ŻEGLARSKO - MOTOROWODNEGO PTTK

„ZALEW SZCZECIŃSKI I STRALSUND 2016”

  1. CEL I CHARAKTER IMPREZY

Realizując statutowe cele PTTK chcemy udowodnić, że żeglarstwo czy motorowodniactwo to doskonały sposób na czynny odpoczynek na wodzie. Połączenie zwiedzanie naszego pięknego kraju, poznawaniem uroków przyrody i urzekających krajobrazów  z podróżowaniem po szlakach wodnych naszego zachodniego sąsiada. Jednocześnie chcemy poznać i porównać infrastrukturę niemieckich przystani, zapoznać się z ich rozwiązaniami technicznymi oraz organizacyjnymi. Ocenić ofertę turystyczną, spostrzec piękno Szczecina i jego zabytków, Stralsundu z muzeum starych żaglowców, starych fortów Świnoujścia.

Płynąc wodami Zalewu Szczecińskiego oraz po jego niemieckiej części, będziemy poznawać i opisywać, by szlak ten jeszcze bardziej umożliwiał uprawianie turystyki wodnej na europejskim poziomie. Rejs w swej zasadzie ma być spotkaniem towarzyskim turystów wodniaków, którzy chcą przebywać ze sobą, razem się bawić a przede wszystkim odpoczywać.

Ilość miejsc ograniczona ze względu na wielkość odwiedzanych przystani, liczy się kolejność zgłoszeń.

Rejs z założenia jest imprezą niekomercyjną – non profit.

 

ORGANIZATORZY REJSU

- Komisja Turystyki Żeglarskiej ZG PTTK

- Centrum Turystyki Wodnej PTTK

 

II. ADRES ORGANIZATORA WYKONAWCZEGO

Górnośląski Oddział PTTK

ul. Staromiejska 4

00-013 Katowice

III. INSTYTUCJE WSPIERAJĄCE

- Zarząd Główny PTTK w Warszawie

 

IV. KIEROWNICTWO REJSU

-         KOMANDOR REJSU – Wojtek Skóra na jachcie „Amper” tel. 501 583 689

-         BOSMAN – Ryszard Grzegorzewski tel. 604 116 185, na jachcie „GNIEWKO – RADOSŁAW”

 

 

V. ZGŁOSZENIA

Zgłoszenia załóg na własnym lub czarterowym sprzęcie dokonują sternicy/ armatorzy – do organizatora wykonawczego rejsu (pkt. II) na załączonej karcie zgłoszeń,    w terminie do 25.05.16r. lub w wyjątkowych przypadkach w dniu rozpoczęcia rejsu  u Komandora rejsu. Przelew należy dokonać na konto nr Górnośląskiego Oddziału PTTK, nr 21105012141000000700556913, koniecznie z dopiskiem „Rejs Stralsund”

VI. WPŁATA NA SAMOORGANIZACJĘ IMPREZY

- CAŁY REJS - 220,00 zł od jachtu dla członków PTTK z ważną legitymacją,

- 260,00 zł od jachtu dla niezrzeszonych w PTTK.

VII. ŚWIADCZENIA ORGANIZATORA W RAMACH WPŁATY DLA STERNIKA JACHTU

- opłaty za postój w Camping Marinie w Szczecinie (25-26.06) oraz w dniu 16-17.07.16 – Basen Północny, Świnoujście

- koszulka rejsowa dla sternika,

- znaczek rejsowy (buton) dla całej załogi,

- naklejka rejsowa – samoprzylepna,

- pieczątka okolicznościowa (do wykorzystania),

- skany map trasy rejsu,

- niespodzianki.

 

VIII. UDZIAŁ WŁASNY UCZESTNIKÓW

- opłaty za cumowanie: 1-1,5 € za mb. łodzi +możliwe dodatkowe opłaty za prąd i prysznic na przystaniach,

- slipowanie łodzi dźwigiem w Szczecinie

- ubezpieczenie jachtu i OC sternika,

- paliwo do jachtu,

- wyżywienie,

- bilety wstępu do zwiedzanych obiektów,

- humor i uśmiech obowiązkowe,

- mile widziane instrumenty muzyczne i inne rozweselające.

 

IX. SPRZET PŁYWAJĄCY

Jachty żaglowe i motorowodne zgłoszone do udziału w rejsie muszą być sprawne, w dobrym stanie technicznym – ubezpieczone, posiadające dokumenty rejestracyjne, oświetlenie nawigacyjne, wyposażone w niezbędny sprzęt ratunkowy, p.poż, w miarę możliwości w toaletę chemiczną.

Zgodnie z niemieckimi przepisami, silnik łodzi musi spełniać wymogi czystości spalin.

Posiadanie w/w wyposażenia jachtu będzie warunkiem dopuszczenia go do rejsu, bez względu na wcześniejsze jego zgłoszenie i poniesione koszty.

Za bezpieczeństwo załogi w czasie rejsu odpowiada sternik jachtu (zaleca się posiadanie ubezpieczenia OC - sternika). Ze względu na pogodę lub inne niezależne od organizatora okoliczności, kolejność lub liczba odwiedzanych miejsc może ulec zmianie.

PROGRAM-HARMONOGRAM

XXXVII OGÓLNOPOLSKIEGO REJSU
ŻEGLARSKO – MOTOROWODNEGO PTTK

„ZALEW SZCZECIŃSKI I STRALSUND 2016”

TERMIN – 25.06.2012 r. – 16.07.2012 r.

TRASA

  1. 25.06.16 Jezioro Dąbie- Camping Marina PTTK. Uroczyste rozpoczęcie rejsu, ognisko, inne atrakcje.
  2. 26.06.16 Camping Marina – przez Czapine – Stepnica; ok.18 Mm,
  3. 27.06.16 Stepnica – Nowe Warpno; ok. 19 Mm,
  4. 28.06.16 Nowe Warpno -  Ueckermünde; ok.14 Mm,
  5. 29.06.16 Ueckermünde – Karnin; ok. 14 Mm,
  6. 30.06.16 Karnin – Wolgast; ok 21 Mm,
  7. 01.07.16 zwiedzanie miasta
  8. 02.07.16 Wolgast – Greifswald; ok. 23 Mm,
  9. 03.07.16 Greifswald – Stralsund; ok. 25 Mm,
  10. 04.07.16 zwiedzanie miasta
  11. 05.07.16 Stralsund – Baabe lub Gager; ok. 24 lub 20 Mm
  12. 06.07.16 dzień bosmański, kąpiel w morzu Bałtyckim
  13. 07.07.16 Baabe lub Gager – Peenemunde; ok. 18 lub 14 Mm,
  14. 08.07.16 Zwiedzanie muzeum
  15. 09.07.16 Peenemunde – Koserow; ok. 19 Mm,
  16. 10. 07.16 Koserow – Lassan; ok. 9 Mm,
  17. 11.07.16 Lassan – Ussedom; ok. 16 Mm,
  18. 12.07.16 Ussedom – Kamminke; ok. 14 Mm,
  19. 13.07.16 Kamminke – Wapnica jez. Wicko; ok 12 Mm,
  20. 14.07.16 wycieczka do Międzyzdrojów
  21. 15.07.16 Wapnica - przez Starą Świnę, Karsibórz - Świnoujście Basen Północny; ok. 11Mm.
  22. Jeden dzień rezerwowy, bosmański

 

  • UDZIAŁ BIORĄ: żeglarze i motorowodniacy z Klubów Turystyki Wodnej PTTK oraz indywidualni żeglarze niezrzeszeni.

ZAŁOŻENIA OGÓLNE :

XXXVI Ogólnopolski Rejs Żeglarsko – Motorowodny PTTK „ZALEW SZCZECIŃSKI I STRALSUND 2016” – jest najważniejszą imprezą żeglarsko – motorowodną organizowaną przez Komisję Turystyki Żeglarskiej ZG PTTK  i Centrum Turystyki Wodnej PTTK.

Rejs ten jest kontynuacją przedsięwzięcia – „Poznajemy nowe europejskie śródlądowe szlaki wodne”. Po rejsie po jeziorze Müritz, do Kaliningradu oraz Zalewie Wiślanym i Pętli Żuławskiej, chcemy tym razem pokazać naszym turystom wodnym Zalew Szczeciński z częścią naszego zachodniego sąsiada. Będzie ten rejs okazją do odwiedzenia nowych przystani i marin.

Przed nami do pokonania około 250 Mm wodami Zalewu Szczecińskiego i jego niemieckiej części, z regatami po drodze. Będziemy zwiedzać Stralsund z muzeum żaglowców i perełkami typu Gorch Fock II, muzeum V2 w Peenemünde czy wojenne forty w Świnoujściu. Odwiedzimy kilkanaście miast  i miasteczek, poznamy historie i będziemy podziwiać przyrodę.

Na trasie rejsu oczekują nas różne warunki nawigacyjne. Będzie to sprawdzian umiejętności żeglarskich i motorowodniackich, zdyscyplinowania, wzajemnej pomocy oraz życzliwości w różnych warunkach nawigacyjnych i pogodowych.

KARTA ZGŁOSZENIOWA

 

Zapraszam do udziału w rejsie

Komandor rejsu

Wojtek Skóra

Poprawiony: wtorek, 08 marca 2016 20:32
 
Nagrody Przyjaznego Brzegu 2015 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
środa, 02 marca 2016 09:10

W dniu 3 lutego 2016 r. odbyło się posiedzenie jury XII edycji konkursu „Nagroda Przyjaznego Brzegu”, które postanowiło przyznać następujące nagrody:

Grand Prix – z Nagrodą Ministra Turystyki i Sportu

dla Wielkopolskiej Organizacji Turystycznej

za Wielką Pętlę Wielkopolską- znakomity europejskiej klasy produkt turystyki wodnej

 

Nagrody Przyjaznego Brzegu za 2015 r.

 

Miasta i gminy

1.

Miasto Olsztyn

Za inwestycje w infrastrukturę olsztyńskich jezior i rzek

2.

Gmina Sieraków

Za zrównoważony rozwój turystyki, z ochroną miejscowego dziedzictwa

 

Porty i przystanie

1.

Ośrodek Harcerski „Nadwarciański Gród” - Załęcze Wielkie

Za integrowanie edukacji wodniackiej i ekologicznej

2.

Stanica Wodna PTTK – Sorkwity

Za stworzenie przyjaznej bramy do Szlaku Krutyni

3.

Port Sailor, Wojciech Gil – Giżycko

Za przyjazny port w Pięknej Górze

4.

Przystań PZŻ -,,Port Pod Jabłoniami - Stare Sady"

Za stworzenie nowego oblicza ekologicznej, kameralnej przystani

 

Instytucje i Stowarzyszenia

1.

Miesięcznik „Środowisko” – Warszawa

Za atrakcyjną popularyzację ochrony środowiska  wodnego

2.

Polski Związek Żeglarzy Niepełnosprawnych – Giżycko

Za przecieranie żeglarskich szlaków dla osób niepełnosprawnych

3.

Radio Leliwa – Mielec

Za inspirujący patronat nad podkarpackim żeglarstwem

4.

Stowarzyszenie Armatorów Jachtowych SAJ – Gdańsk

Za propagowanie swobodnego, przyjemnościowego żeglarstwa

5.

Stowarzyszenie „Odra dla Turystów” - Nowa Sól

Za samorządowe rozwijanie turystycznej żeglugi na Odrze

Nagrody Specjalne

1.

Zbigniew Jagniątkowski – Szczecin

Za znaczący udział w realizacji projektu Zachodniopomorskiego Szlaku Żeglarskiego

2.

Edward Kozanowski – Bydgoszcz

Za serce i myśl, we współczesnej edukacji wodnej

3.

Stanisław Latek - Warszawa

za inspirowanie ekologicznego żeglarstwa i przyjaznych brzegów

4.

Bogdan Majczuk - Brodnica

Za wieloletnią straż nad skarbami przyrodniczymi rzeki Drwęcy i Pojezierza Brodnickiego

5.

Marek Piwowarski – Warszawa

za stworzenie wzoru kształtowania krajobrazu dolin rzecznych w Polsce

6.

Zygmunt Solarski „Pigmej” – Rzeszów

Za przyciągniecie do kajakarstwa i survivalu wielu pokoleń turystów wodnych

7.

Franciszek Strugała

Za integrację wielu samorządów lokalnych dla stworzenia Szlaku Noteci

 

Gratulujemy wszystkim nagrodzonym.

Poprawiony: środa, 02 marca 2016 09:15
 
Zlot ITŻ Załęcze Wielkie PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
niedziela, 08 listopada 2015 10:04

Relacja XXXIV Kurs i Zlot Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK

„Załęcze Wielkie 24-27.09.2015”

Tradycyjnie, jak co roku Kurs i Zlot Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK odbył się w innym miejscu niż w roku poprzednim. Krajoznawstwo w nazwie Towarzystwa zobowiązuje, a i przyjemność jest o tyle większa, że większość uczestników nigdy nie miałaby możliwości odpoczywać i zwiedzać miejscowości, wybranych przeze mnie na miejsce zlotu. Tegoroczny Zlot odbył się w Załęczu Wielkim, nad Wartą, pośrodku Załęczańskiego Parku Krajobrazowego.

Przygotowując program tegorocznego zlotu czułem odrobinę niepokoju, zeszłoroczny zlot i przyjęcie, jakie zgotowali nam gospodarze w Serpelicach, wyniosło na bardzo wysoki poziom wymogi stawiane organizatorowi i przyszłym gospodarzom zlotów. Na szczęście przepiękna okolica, rozległy teren Zawierciańskiego Grodu, przyzwoite pokoje i położenie, zaraz po przyjeździe sprawiły bardzo dobre wrażenie i rozwiały podświadome wątpliwości. W tym miejscu należą się słowa uznania dla Gospodyni Ośrodka Pani Krystynie Mikita. Za wysoki profesjonalizm w prowadzeniu ośrodka oraz za pomoc przy organizacji Zlotu.

Jak zawsze pierwszy dzień zlotu rozpoczął się od kolacji, jednak różna pora przyjazdu uczestników zlotu, nie do końca sprzyjała wspólnym wspominką. Choć ciepły czwartkowy wieczór pozwalał na zwiedzanie terenu ośrodka, jego położenie nad Wartą, przepięknymi zakolami, zmęczenie i trudy drogi zrobiły swoje. Szybko zapadłą cisza i tylko najbardziej wytrwali mogli rozkoszować się ciszą lasu, słuchać odgłosów wody, wręcz odczuwać czystość powietrza. Sen w takich warunkach zawsze jest błogi i zazwyczaj wydaje się nam, że za krótki.


Piątkowy, słoneczny i ciepły poranek, rozpoczęliśmy w doskonałych humorach, od bogatego w wyborze i sytego śniadania, by już o godzinie 9.30 siedzieć w zamówionym autobusie. Nasz kierowca, pan Darek, świetnie wywiązywał się ze swojej roli drajwera i szybko oraz bezpiecznie woził nas po ustalonej trasie. A piątkowa marszruta przebiegała przez Ożarów, z Muzeum Wnętrz Dworskich oraz zabytkowym wiatrakiem, dalej do Biskupic i Grodu Byczyna, by na koniec zawitać do samej Byczyny, jedynego miasta w Polsce, w którym niemal w całości zachowały się średniowieczne mury obronne.


Przyjeżdżając do Ożarowa, w progach świetnie zachowanego dworu, zbudowanego pod koniec XVIII w. przez W. Bartochowskiego, witał nas jego dyrektor, a zarazem przewodnik pan Paweł Mikołajczyk. Z pieczołowitością odnowione wnętrza, wyposażone w meble, sprzęty i ozdoby z epoki, doskonale ze sobą współgrały, a barwne opowieści o byłych gospodarzach dworku, ich losach, historie niektórych przedmiotów opowiadane przez naszego kustosza, były wysłuchiwane z ogromnym zainteresowaniem. Po zwiedzeniu samego dworku pojechaliśmy zwiedzić stary wiatrak, również pieczołowicie odbudowany, z dokładnie odtworzoną maszynerią wewnątrz wiatraka, pozwalająca przy pomocy kamiennych żaren mielić dowolny gatunek zbóż na mąkę.


Kilkukilometrowa droga do Grodu Byczyna bardzo szybko nam minęła, tym bardziej, że przejeżdżaliśmy przez bardzo zadbane, czyściutkie, z mnóstwem zieleni, wsie i miasteczka. Sam Gród Byczyna to współcześnie wybudowana nad brzegiem jeziora replika średniowiecznego grodu. Po ogromnym, ufortyfikowanym owalu grodu, oprowadzała nas przewodniczka, a jakże w stroju z epoki. Barwne opowieści o elementach i przeznaczeniu poszczególnych części grodu, wzbudziły nasz podziw i uznanie. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Gród od kilku lat jest miejscem rozgrywania międzynarodowych turniejów rycerskich, a Opolskie Bractwo Rycerskie, które ma tu swoją siedzibę, również od wielu lat bierze udział w corocznej rekonstrukcji bitwy grunwaldzkiej.


Po obejściu grody blankami i zapoznaniu się z ich budową i przeznaczeniem obronnym, udaliśmy się na zewnętrzny plac, poza grodem. Tutaj ustawione dwie grubaśne, drewniane tarcze, pozwoliły nam na spróbowanie swoich sił w rzucie do celu nożami i toporami. Zabawy i śmiechu było co nie miara, gdyż wbrew pozorom, umiejętności tych nie wysysa się z przysłowiowym „mlekiem matki”. Dopiero wielokrotne próby, długie wędrówki po „przestrzelone” noże i topory, dawały oczekiwane rezultaty. Podsumowaniem pobytu w Grodzie Byczyna był serwowany obiad, w ozdobionej zbrojami i bronią izbie rycerskiej.


W drodze do Załęcza zatrzymaliśmy się w Byczynie, by, choć przez kilkanaście minut pospacerować po starym rynku, urokliwych uliczkach miasteczka mającego średniowieczny rodowód.


Po powrocie do Załęcza, mieliśmy chwilę dla siebie, aby o godzinie 20.00 udać się na wspólnego grilla. A co tam nie było: żurek, pieczone ziemniaczki, bigos i szaszłyki, kaczek, kaszanka i kiełbaski na rożen. Choć trochę ciasno, przynajmniej na początku, później znakomicie prowadzona przez DJ część muzyczna rozluźniła ścisk, gdyż większość uczestników zlotu próbowało od zaraz zrzucić dopiero, co skonsumowane kalorie. Muzyka, taniec i wspólne śpiewy skończyły się dopiero po północy.

Sobotni poranek przywitał nas doskonałą pogodą, bardzo ciepło jak na tę porę roku, bezwietrznie, prawdziwe polskie „babie lato”, usposabiała do spacerów i pobytowi na świeżym powietrzu. Sprzyjały temu też atrakcje okolicy i rozległy teren ośrodka. Część uczestników zlotu promem przepłynęła przez Wartę i udała się na 3,5 km spacer do urokliwie obudowanego źródełka, położonego w sosnowym lesie. Kilku młodszych zlotowiczów postanowiła wypożyczyć sobie kajaki, by, choć przy niskim stanie rzeki, zwiedzić od strony wody najbliższą okolicę. Zainteresowaniem również cieszyły się rowery, które można było wypożyczyć w ośrodku.


Pozostali zainteresowani oraz wszyscy uczestnicy kursu Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK wzięli udział w zajęciach szkoleniowych. Pierwsza część prowadzona przez Pawła Czudowskiego obejmowała przygotowane wcześniej przez Maćka Grzemskiego, dwa bloki zagadnień. Bezpieczeństwo na jachcie i w porcie oraz etykieta żeglarska. Ja prowadziłem część dotyczącą kompleksowej wiedzy o meteorologii oraz zjawiskach decydujących o stanie pogody. Całość szkoleń przygotowano w formie prezentacji, z wieloma slajdami i zdjęciami pokazującymi środki bezpieczeństwa, pirotechnikę, duży i mały kod flagowy, poszczególne zjawiska przyrodnicze i meteorologiczne. Tak upłynął czas do obiadu, którzy z przyjemnością spałaszowali wszyscy „dotlenieni” na wycieczkach i biorący udział w szkoleniach.


Sobotnie popołudnie przeznaczone było na wspomnienia z mijającego sezonu, opowieści o przeżytych przygodach, planach na przyszłość.

Wieczorna uroczysta kolacja była dla wszystkich dużą niespodzianką, inaczej ustawione, pięknie ozdobione stoły na stołówce, moja żartobliwa sugestia, że posiłek mamy tym razem przygotowany w innej sali, spowodowały spore zamieszanie i niepewność gdzie wreszcie będziemy jedli.

Tak przygotowana kolacja, smaczna i bardzo obfita, miła atmosfera, ciepełko i trochę rozleniwienie uczestników, zdecydowało, że już nikomu nie chciało się iść do przygotowanego ponownie, choć w innym miejscu ogniska. Przy wspólnych opowiadaniach, pouczających rozmowach, docenieniu jeszcze nienagrodzonych,  i tym razem wieczór minął bardzo szybko.


Ostatni dzień, a w zasadzie przedpołudnie, również po smacznym i obfitym śniadaniu, było bardzo absorbujące i ciekawe.

Wszyscy uczestnicy kursu i zlotu zostali zaproszeni do Sali konferencyjnej, w której Paweł Czudowski przygotował już czwartą wystawę z cyklu „Najlepsi wśród nas”, poświęconą pasji żeglarskiej Romualda Drążkowskiego. Naszego kolegi pływającego na przebudowanym jachcie klasy Orion, o tajemniczej nazwie własnej „Bernaś”. Wiele fotogramów z rejsów i zlotów, kserokopie pamiątkowych dokumentów i posiadanych uprawnień, w doskonały sposób oddało zamiłowanie do pływania i „żeglarskiego ducha” Romka. Pokazała również jego codzienne zajęcie, bycie duchownym i proboszczem na farze.

Wystawa ciekawie skomponowana plastycznie, z dużymi, dobrej jakości zdjęciami, przyciągnęła uwagę i zainteresowanie wszystkich oglądających.


Pobyt w sali konferencyjnej inspirował do wysłuchania wspomnień o tegorocznych rejsach. Jak zawsze bardzo barwnie opowieść o Ogólnopolskim Rejsie Żeglarsko-Motorowodnego „Bydgoszcz-Iława”, odbytego w dniach 19.06- 5.07.2015 r. wygłosił Edek Kozanowski. Sugestywna opowieść o odbytym rejsie zakończyła się oklaskami.

Następnie razem z Grzesiem Kluszczyńskim opowiadaliśmy o naszym tegorocznym rejsie odbytym po kanałach Holandii, Belgii, Francji, Szwajcarii i Luksemburga. Ponad dwumiesięczna podróż po wspaniałych, wręcz cudownych miejscach, przebytych kanałach, tunelach i pochylniach, a przede wszystkim śluzach (około 500-stanowczo za dużo), dopłynięcie Renem do Bazylei w Szwajcarii, zwiedzanie Strasburga, to ogromna satysfakcja i powód do dumy.


Po zakończeniu naszych opowieści uczestnicy zlotu udali się do swoich pokoi, aby przygotować się do wyjazdu, a uczestnicy kursu pozostali, aby uczestniczyć w ostatniej części szkolenia. Przeprowadzony, dwuczęściowy quiz z meteorologii i zjawisk przyrodniczych wyłonił zwycięzcę. Choć nie łatwy, dał możliwość sprawdzenia własnej wiedzy i pokazał kursantom, na co muszą jeszcze zwrócić uwagę podczas samokształcenia. Wartościowe nagrody książkowe wręczone uczestnikom były miłym akcentem osładzającym stres egzaminacyjny. Ostatnim punktem kursu była nauka udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej, wykonywania sztucznego oddychania i masażu serca, układania poszkodowanego w bezpiecznej pozycji bocznej ustalonej.

Niestety pomimo wspaniałej pogody, doskonałych warunków pobytowych, proza życia i konieczność powrotu do domu zmusiła nas do wyjazdu. Zaraz po obiedzie jeszcze tylko wspólne pożegnania, mnóstwo śmiechów i żartów, ale jednocześnie zaduma nad tak szybko przemijającym czasie i ulotnością przeżytych chwil.

Na szczęście przedstawiciele Klubu Żeglarskiego Sternik z Cieszyna, oficjalnie zaprosili wszystkich uczestników kursu i zlotu Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK do Cieszyna. Obiecując znakomite warunki i zlotowe atrakcje po obu stronach polsko-czeskiej granicy. Zaproszenie, a zwłaszcza proponowany program zlotu, wszystkim poprawił humor i zachęcił do składania obietnic przyjazdu.

Dziękuję wszystkim uczestnikom kursu i zlotu za stworzenie tak wspaniałej atmosfery, za humor i uśmiech, wspólną zabawę, za udział w szkoleniach, za chęć bycia z sobą.

Komandor Zlotu

Wojtek Skóra

Poprawiony: wtorek, 08 grudnia 2015 13:06
 
Bydgoszcz - Iława 2015 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
piątek, 23 października 2015 16:36

Do podjęcia każdego działania potrzebny jest impuls, tym większy, im dłuższa była przerwa w społecznej aktywności. Janusz Matuszyk, wspaniały żeglarz ze stolicy polskiej miedzi – Lubina, od lat uczestniczący w organizowanych przez mnie ogólnopolskich rejsach żeglarsko-motorowodnych PTTK, poderwał mnie do „lotu” stwierdzeniem „Edek, Ty musisz się nami zająć, bo kto to zrobi, jak Wojtek „wyemigrował żeglarsko” na zachód”. Wtórował mu mój przyjaciel Jurek Szychowiak deklarując swoją pomoc. Mieliśmy świadomość, że o wsparciu finansowym naszego przedsięwzięcia możemy zapomnieć, ale drobny sponsoring jego uczestników był możliwy.

Wspólnie ustaliliśmy, że spotkanie starych wiarusów na wodzie rozpoczniemy udziałem w ósmej edycji Bydgoskiego Festiwalu Wodnego „Ster na Bydgoszcz”, który staje się świętem ludzi wody i jest rozpoznawalny w Polsce i za granicą. W tak medialnej imprezie nie może zabraknąć prekursorów i niestrudzonych popularyzatorów szlaków wodnych Polski - żeglarzy i motorowodniaków spod banderki PTTK, w którą wyposażyło nas Centrum Turystyki Wodnej PTTK.

Do Ogólnopolskiego Rejsu Żeglarsko-Motorowodnego „Bydgoszcz-Iława 2015” zgłosiło się początkowo 18 jachtów – to dużo, jak na wydolność i możliwość marin na szlaku rejsu.

Z Jurkiem przystąpiliśmy do działań już w październiku 2014 r. Opracowaliśmy regulamin i program, który zamieściliśmy na stronie PTTK i przesłaliśmy listownie do sprawdzonych uczestników poprzednich rejsów. Z uwagi na specyfikę rejsu i skalę jego trudności zależało nam na udziale żeglarzy i motorowodniaków opływanych i doświadczonych.

Życie i warunki wodne (remont śluzy miejskiej w Bydgoszczy) zweryfikowały listę uczestników i ostatecznie w rejsie wzięło udział 11 załóg:

  1. Edward KOZANOWSKI z Bydgoszczy na „Beldzie”
  2. Jerzy SZYCHOWIAK z Bydgoszczy na „Marlinie”
  3. Hieronim TORBICKI za Świecia na „Zośce”
  4. Ryszard GRZEGORZEWSKI z Szamotuł na „Gniewku Radosław”
  5. Władysław LEWANDOWSKI z Trzemeszna na „Orionie”
  6. Jerzy BARTOSZEWSKI z Poznania na „Ryczce”
  7. Mieczysław KLUSZCZYŃSKI z Bydgoszczy na „Siwym”
  8. Włodzimierz SEMRAU ze Świecia na „Annie”
  9. Andrzej JODEŁKA z Płocka na „Orce”
  10. Mariusz PLUCIŃSKI z Pleszewa na „Plutku”
  11. Adam FIKERT z Radziejowa na „Niebieskim Misiu”

Reprezentowaliśmy 8 miast. Najliczniej, jak zwykle, zameldowali się wodniacy z Bydgoszczy. Wielcy nieobecni to: Janusz z Lubinia, Kaziu z Ostrowa Wielkopolskiego, Jurek z Brodnicy, Stasiu z Warszawy, Grzegorz z Torunia, Tadeusz z Warszawy, Jan z Gdyni, Tadek z Kalisza i Andrzej z Kruszwicy. Zamknęły się przed nimi wrota śluzy miejskiej w Bydgoszczy. Na tych jedenastu jachtach w różnym terminie pływało 29 żeglarzy. Rozpiętość wiekowa sięgała 80 lat. Najmłodszą uczestniczką rejsu była moja wnuczka Maja Okrajewska (6 lat), a najstarszym niezawodny Rysiu Grzegorzewski, który ukończył 86 lat. Ta różnica wiekowa to piękny przykład, że można zaczynać przygodę z żaglami i wodą od najmłodszych lat i kontynuować do 100 lat. Tę ideę propaguje nasze PTTK preferując turystykę rodzinną, wielopokoleniową pod hasłem „Turystyka łączy pokolenia”.

Już 18 czerwca spłynęli i dojechali pierwsi uczestnicy. Zacumowaliśmy przy pomoście obok niedawno otwartej Mariny miejskiej. Zwarta grupa 9 jachtów robiła wrażenie, wyróżnialiśmy się banderkami PTTK i „Steru na Bydgoszcz”.

Wcześniejsze uzgodnienia stanowiły, że w paradzie jachtów na Brdzie w dniu 20 czerwca będziemy płynąć, jako rejs po łodziach wioślarskich.

Przygotowaliśmy dla komentatora i kierownictwa imprezy tekst prezentujący załogi biorące udział w rejsie oraz przesłanie rejsu, które umieściliśmy w regulaminie i programie imprezy. Cyt.-..„Motorowodniacy i żeglarze śródlądowi zrzeszeni w klubach i oddziałach PTTK oraz nasi sympatycy postanowili spiąć „klamrą” dwa miasta – Bydgoszcz i Iławę, które swój rozwój i ciekawą historię zawdzięczają unikalnemu położeniu wodnemu. Iława walczy o miano śródlądowej stolicy żeglarstwa, a Bydgoszcz jest niekwestionowaną „Śródlądową Bramą Europy”. Dodatkowym argumentem na zorganizowanie tego rejsu była 710 rocznica nadania praw miejskich m. Iława, a za rok Bydgoszcz będzie świętować swoje 670-lecie.”

Licznie zebrani mieszkańcy Bydgoszczy i okolic obserwowali i oklaskiwali paradę jednostek pływających, w której nasza zwarta grupa wyróżniała się zdyscyplinowaniem i oflagowaniem. Kończąc paradę popłynęliśmy do Brdyujścia, gdzie gościł nas Klub Sportów Wodnych PTTK przy Klubie Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych. Członkowie tego klubu przygotowali niespodziankę w postaci grilla i ogniska żeglarskiego.

Pełni wrażeń i radości ponownego spotkania się na rejsie starych wiarusów, którzy od przeszło 40 lat w różnym składzie opłynęli wszystkie akweny śródlądowe i morskie Polski, rozpoczynając nasze wodne wędrowanie najczęściej z Bydgoszczy, podkreślając w ten sposób rolę naszego miasta, leżącego nad Brdą i Wisłą, w turystycznym wykorzystaniu naszych polskich rzek, jezior i Morza Bałtyckiego.

Wieczorem w blasku księżyca i ogniska żeglarskiego sternicy zaprezentowali swoje załogi oraz osiągnięcia żeglarskie, zawodowe i życiowe, w tle brzmiały szanty a napastliwe komary tym razem, szanując chwilę, dały nam spokój.

Z pełnych bakist wyniesiono na biesiadne stoły wszystko, co żeglarza raduje. Były nalewki własnej produkcji, wędliny i sałatki rodzimej produkcji.

Rysiu Grzegorzewski jak zwykle przygotował „pakiet startowy” dla każdego sternika – świetny smalec i wędzona słoninka uzupełniły zapasy i dopełniły rytuał, który ustanowił nasz senior. Wszystko oczywiście z umiarem, gdyż rankiem trzeba ruszać w trasę. Po wcześniejszym uzgodnieniu o godz. 10.00 w poniedziałek 22 czerwca 9 jachtów wpłynęło w otwartą śluzę. Po uiszczeniu opłat rozwarły się wrota i wypłynęliśmy na królową polskich rzek – Wisłę, która przyjęła nas wartkim nurtem i łachami piasku w tle.

Trasę do Chełmna pokonaliśmy w cztery godziny, przybiliśmy za „betonami”            w zatoczce na prawym brzegu. Siąpił deszczyk, a do historycznego grodu trzeba dojść 2 km, lekko pod górkę. Umówiliśmy się przed Ratuszem z przewodnikiem, który najpierw zaprowadził nas przed oblicze gospodarza miasta – burmistrza pana Kędzierskiego, znanego nam z poprzednich rejsów i dalej odwróconego plecami do Wisły.

Po sympatycznej wycieczce, korzystając z rodzinnych koneksji w trzech turach zjechaliśmy nad rzekę. Krótka narada i decyzja, że wpływamy w Wdę i nocujemy przy moście w Świeciu nieopodal krzyżackiego zamku. Świecie, niestety, zapraszając turystów wodnych nie zapewnia im minimum „komfortu” w postaci jakiegoś pomostu. Zacumowaliśmy przy bagnistym brzegu, z trudem wydostając się na ląd, ale nie takie przeszkody pokonywaliśmy. Nazajutrz gościł nas u podnóża odrestaurowanego zamku przewodniczący Rady Miejskiej Świecia. Dla złagodzenia niedostatków brzegowych postawił kawę i ciasto oraz umożliwił bezpłatne zwiedzanie zamku. Lokalna prasa i TV zwabiona taką ilością jachtów w centrum Świecia rozpoczęła swą dziennikarska powinność. Bez litości, szczerze, brutalnie oceniliśmy zainteresowanie władz administracyjnych i samorządowych potrzebami wodniaków – brak jakiegokolwiek pomostu, infrastruktury sanitarnej. Przewodniczący miasta nie miał tęgiej miny. Widać, że było mu przykro   i nieśmiało deklarował, że w następnej kadencji, jak go wybiorę, to się radykalnie zmieni.

Nielicznie zgromadzeni mieszkańcy, głównie rodziny i znajomi naszych dwóch świecczano – Hirka i Włodka oraz dziennikarze pożegnali nas. Nie bez przeszkód wpłynęliśmy na Wisłę. Szczególnie uważnie nawigował Włodziu, który pierwsze „frycowe” zaliczył przed mostem chełmińskim osiadając na mieliźnie. Przy tak niskim stanie wody trzeba bezwzględnie trzymać się szlaku wodnego i dokładnie czytać wodę, a najlepiej płynąć za bardziej doświadczonym żeglarzem w jego kilwaterze.

Bez specjalnych przeszkód, zgodnie z czasem, dopłynęliśmy do Grudziądza i jego dumy – nowej mariny. Przywitał nas niestrudzony „bojownik” o uczynienie Bydgoszczy miastem promieniującym umiejętnością wykorzystania swojego unikalnego wodnego położenia - Andrzej Tomczyk, były założyciel i Prezes dwóch stowarzyszeń:

¾    Bractwa Bydgoskiego Węzła Wodnego,

¾    Przyjaciół Kanału Bydgoskiego.

Jego inicjatywy i kreatywność nie znalazły zrozumienia samorządowców i władz administracyjnych Bydgoszczy (a może chodziło o przechwycenie jego i podobnych mu zapaleńców, pomysłów i inicjatyw i przypisanie sobie zasług, – jakie to polskie!).

Marina grudziądzka z zewnątrz robi wrażenie, ale jej funkcjonalność i obecna obsługa wodniaków jest absolutnie nieprofesjonalna i nieprzyjazna. Próbował łagodzić to wrażenie Andrzej T. zapraszając nas na „swoją” galerę i zapewniając oprawę muzyczną naszej wodnej biesiady w stolicy kawalerii polskiej. Było chłodno i deszczowo, ogrzewała nas jednak ciepła atmosfera spotkania. Nazajutrz tzn. 24.06 (środa) pożegnaliśmy nieprzyjazną marinę i ruszyliśmy do Tczewa. Po drodze podziwialiśmy z wody zamki krzyżackie w Nowem i Gniewie. Niski stan wody uniemożliwił nam przybicie i zwiedzanie tych zabytków, ale nie była to wielka strata, bo wszyscy pamiętają je z poprzednich rejsów. Przepływając obok Nowego pomachaliśmy Stefanowi Giełdonowi, który gdzieś tam nadal propaguje teatry lalek               i produkuje kukiełki mimo sędziwego wieku. Już nie pływa z nami, bo jego załogant osobisty szwagier Henio „odpłynął w niebieskie akweny”. Pogoda stabilizowała się na nierównym poziomie, ale słoneczko próbowało nas ogrzać. Do Tczewa dopłynęliśmy po godzinie 16.00. Sprawnie, zgodnie ze sztuką żeglarską dobiliśmy do kei, uiściliśmy stosowne opłaty i legalnie korzystaliśmy z niechętnie udostępnianej infrastruktury mariny.

Rankiem zwartą grupą udaliśmy się do słynnego muzeum Wisły, gdzie przyjęto nas sympatycznie i oprowadzono po coraz bogaciej wyposażonych salach.  Dla niektórych był to pierwszy kontakt z tą piękną placówką muzealną.

Etap Tczew – Śluza Przegalina przepłynęliśmy na średniej wodzie. Przeciwny północny wiatr i zafalowanie dla niektórych było „prysznicem”. Wrota śluzy otwarte, sprawnie przytuliliśmy się do brzegów i po uiszczeniu opłaty wpłynęliśmy na Martwą Wisłę. Mieliśmy w planie zalec na nocleg w starej śluzie i tradycyjnie zrobić ognisko żeglarskie, ale zlikwidowano mały pomost, a kamienny brzeg odstraszał swoją nieprzystępnością. Manewr w tył na lewo i popłynęliśmy do dotychczas nierozpoznanej mariny „Błotnik” na południowym brzegu rozlewiska. O dziwo!, czekała nas miła niespodzianka. Już z daleka mała architektura zabudowań zachęcała do ich odwiedzenia. Miejsc było niewiele, ale przy pomocy bosmana upchaliśmy nasze 9 jednostek. Było słonecznie, przyjemny wiaterek muskał nasze osmagane słońcem i wiatrem twarze, które zadowolony wyraz zawdzięczały świadomości, że nasz Ryszard przygotował i będzie zaraz serwował słynną grochówkę żeglarską o smaku ambrozji. Na widokowym pomoście przy nowych ławach zrobiliśmy „wydawkę”. Załogant „Gniewka Radosława”, Mirek wyposażony w naczynia i sztućce jednorazowe, raczył nas grochówką. Smakowała wyśmienicie, wielu skorzystało z tzw. „repety”, poczęstowaliśmy nią także przesympatycznych bosmanów. Jednogłośnie stwierdzili, że takiej grochowej jeszcze nie jedli. Syci, zadowoleni, z uwagą zlustrowaliśmy marinę i biorąc pod uwagę jej profesjonalność oraz przyjazność postanowiliśmy, jako uczestnicy rejsu zgłosić ją do konkursu „Przyjazny Brzeg”. Tym bardziej, że w perspektywie ma być uruchomiony punkt gastronomiczny i możliwość tankowania, co spowoduje, że będzie to pokazowa marina na Pętli Żuławskiej.

Noc piękna, niebo rozgwieżdżone, atmosfera pełnego zbratania i przyjaźni, to ten „narkotyk”, który chce się zażywać, co roku.

Następny dzień to etap do Gdańska. Wcześniej w czasie rekonesansu zarezerwowaliśmy sobie 14 miejsc w tej już kultowej marinie, zdając sobie sprawę, że w pełnym sezonie zdobycie tam miejsc graniczy z cudem. Pewny ustaleń zadzwoniłem do bosmana i usłyszałem, że nie ma ani jednego miejsca i w ciągu najbliższego tygodnia się nie znajdzie. Poprosiłem panią Anię, z którą miesiąc temu uzgadniałem naszą wizytę i po chwili sympatyczny głos potwierdził nasze ustalenia. Spadł mi kamień z serca, ponieważ postój w centrum Gdańska to dla naszych nowicjuszy duża atrakcja i niezapomniane przeżycie.

Po pokonaniu rozpinanego mostu pontonowego w Sobieszowie, popłynęliśmy do Narodowego Centrum Żeglarstwa w Górkach Zachodnich na kawę, a ja miałem w tym swój ukryty cel. Załogi przycumowały do wolnych miejsc i gremialnie udały się do kawiarni, a ja do bosmana. Po krótkim przedstawieniu się, ustaliłem w oparciu  o najaktualniejszą prognozę pogody, że na zatoce wieje 2 st. B, zafalowanie 1-2, a więc są sprzyjające i bezpieczne warunki pływania. Po kawie zebraliśmy się na pomoście, gdzie oznajmiłem, że do Gdańska wejdziemy od strony Zatoki Gdańskiej, opływając Port Północny, oddając honor obrońcom Westerplatte. Uprzedziłem, że należy zachować najwyższą ostrożność, przecinając i płynąc po torze wodnym obok statków wielkości 6-piętrowych gmachów. Nastąpiła chwila ciszy, a później entuzjastyczne głosy aplauzu, z zastrzeżeniem, że „ale Ty będziesz prowadził!”. Było to oczywiste, tym bardziej, że tę trasę pokonywałem kilkukrotnie i to w różnych warunkach nawigacyjnych. Ruszyliśmy gęsiego. Ja z moją ukochaną załogantką - osobistą żoną na czele. Pozostali gęsiego, w szyku już przećwiczonym, wypłynęliśmy na morze. Nasze Morze Bałtyckie, które jako pierwsi rejsowo przepłynęliśmy od Świnoujścia do Gdańska w 2003 roku flotyllą 43 jachtów, za co otrzymaliśmy wyróżnienie i nagrodę PZŻ oraz uznanie Jurka Kulińskiego –propagatora pływania jachtami śródlądowymi po naszym morzu, które nazywał „jeziorem bałtyckim”. Było to dla mnie najwyższym uznaniem i wyróżnieniem. Początkowo żegluga była spokojna, wiała „dwójeczka”, w porywach „trójeczka”.  Ale po minięciu Portu Północnego wiatr stężał, zaczęło wiać z północy, wzrastało zafalowanie do 4 st. i zaczęło się robić biało na coraz wyższych falach. Obejrzałem się i pomyślałem, że dla niektórych będzie to swoisty chrzest morski. Wiedziałem, że w oddali widać już pomnik, a więc powinniśmy bez przeszkód wpłynąć na szlak. Basia policzyła jachty, płynęło za mną 8 „łupinek”, a więc jesteśmy wszyscy, nikt się nie zgubił. Przy wejściu na szlak zbiliśmy się w i przepływając obok pomnika symbolu polskiego heroizmu oddaliśmy cześć obrońcom Westerplatte.

Na drodze wodnej zrobił się ruch, mijaliśmy potężne kontenerowce, promy, statki stojące przy nadbrzeżu – widać, że jesteśmy państwem morskim.

Do gdańskiej mariny dopłynęliśmy około godz. 15.00. Bosmanka sprawnie skierowała nas na zarezerwowane miejsca.


Uff! Byliśmy na miejscu! Po załatwieniu formalności i opłaceniu za dwie doby kejowego, ruszyliśmy do piwiarni, bo słona woda wzmogła pragnienie, a i drobny stres trzeba było „rozmoczyć”. Gdy biesiadowaliśmy w najlepsze zadzwonił telefon. Dzwonił Mariusz Pluciński i oznajmił, że za 30 minut będą u nas. Trzeba było zrobić przerwę i przywitać „Plutka” i „Niebieskiego Misia” z Adamem i Zosią Fikert. Miejsca czekały, dobili i byliśmy wreszcie w komplecie – 11 jachtów z 29 załogantami. Po południu moje córki Danusia i Agnieszka przywiozły nam załogantki – wnuczki Olgę i Maję i w ten sposób załoga „Beldy” była także w komplecie. Do końca 26.06 (piątek) witaliśmy się, biesiadowaliśmy, do późna okupowaliśmy piwny ogródek, a potem rozmowy i wspomnienia przenieśliśmy do jachtów.

W sobotę 27.06 o 10.00, prawie w komplecie przybyliśmy pod siedzibę Gdańskiego Oddziału PTTK.


Czekał tam na nas przewodnik, który zaprosił nas na „oddziałowe salony PTTK”, gdzie w imieniu nieobecnego prezesa Stasia Sikory przywitała nas jego żona – członek Zarządu Oddziału.


Były krótkie grzeczności, powitania, a na stołach moc ciastek i kawa. Oglądając pokaz multimedialny o Gdańsku i jego atrakcjach „zniszczyliśmy” słodkości, a zaproszeni przez przewodnika poszliśmy na krótką, ale ciekawą, trasę wycieczkową. Upał wydatnie skrócił nasz spacer. Zalegliśmy niedaleko Neptuna popijając złocistego kapera.


Po południu część uczestników rejsu ruszyła dalej w miasto, a pozostali wrócili do mariny, gdzie znajdujące się nieopodal olbrzymie koło młyńskie zachęcało do jego skorzystania, aby podziwiać piękny Gdańsk z góry. Widok był urzekający, warto było tam wjechać. Zajęcia w grupach przeciągnęły się do białego rana.

Sobota to indywidualne zwiedzanie Trójmiasta, spotkania z rodzinami i znajomymi, a wiec pełen relaks i towarzyski nastrój.

W niedzielę 28.06 po odprawie sterników, gdzie omówiłem przebieg trasy i zwróciłem uwagę na ewentualne zagrożenia wypłynęliśmy do Kątów Rybackich. Opóźnienia na trasie, przestoje w śluzie Przegalina i Gdańskiej Głowie spowodowały, że do Rybiny dotarliśmy pod wieczór. Zmęczeni etapem i słońcem postanowiliśmy „zalec”, tym bardziej, że na lewym brzegu rzeki Szkarpawy władze gminne korzystając ze środków unijnych pobudowały piękne nabrzeże oraz budyneczek z węzłem sanitarnym.


Parę kroków dalej dwa sklepy kusiły swym asortymentem. Odprawa sterników miała odpowiedzieć, czy jesteśmy za dalszym płynięciem zgodnie z programem Wisłą Królewiecką do Kątów Rybackich, czy wybieramy zasłużony nocleg i rankiem obieramy kurs na Elbląg. Zgodnie z zasadą demokracji „sterowanej” przyjęliśmy moją koncepcję, że ten zakątek Zalewu Wiślanego, dobrze znamy, a droga powrotna usiana jest sieciami i innymi niespodziankami, więc zdecydowaliśmy, że płyniemy do Elbląga.


Tak też uczyniliśmy i płynąc Szkarpawą „wjechaliśmy” na Nogat, aby skręcić w Kanał Jagielloński i rzeką Elbląg, do harcerskiej mariny, położonej na prawym brzegu rzeki Elblag. Stąd łatwo dojechać do centrum i pięknej, odrestaurowanej starówki. H.O.M. - czyli Harcerski Ośrodek Morski, od wielu rejsów nam dobrze znany i zazwyczaj gościnny, przyjął nas bez entuzjazmu i bez specjalnego zainteresowania. Mając skalę porównawczą, widać, że nic się tu nie zmienia, „stagnacja i bezkrólewie”. Wieczorem, zgodnie z programem i na życzenie solenizanta Pawła Czudowskiego, który od Gdańska zaokrętował się na „Gniewku Radosławie”, rozpaliliśmy ognisko w kręgu harcerskim. Na stół „przybyły” różne smaczności, a Paweł przyniósł kosz pełen napitków i doskonałej, swojskiej wędliny. Było „Sto lat”, pamiątkowe zdjęcia i śpiewy. Cudownie czuć było atmosferę zbratania i przyjaźni. Ustaliliśmy godziny otwarcia mostu zwodzonego w Elblągu, nazajutrz, punktualnie wypłynęliśmy w kierunku słynnych, będących światową osobliwością pochylni. Olbrzymie, ekologiczne i ornitologiczne wrażenie zrobiło na wszystkich jezioro Drużno, będące w całości rezerwatem przyrody. Z otwartymi ustami i szeroko otwartymi oczami chłonęliśmy piękno natury podziwiając łąki grążeli i nenufarów, wśród których uwijały się perkozy, małe kaczuszki, a gdzieś w oddali bieliły się łabędzie. Kto tego nie widział, jest biedniejszy o doznania, które gloryfikują naszą Ojczyznę, naszą Ojcowiznę i cementują patriotyzm oraz poczucie dumy, że jest się Polakiem.

Przepraszam za te duże słowa, za ten patos, ale tak właśnie odczuwam piękno naszego krajobrazu.

Do pierwszej pochylni Całuny dobiliśmy koło południa. Widać było świeżość, a tablice informacyjne podkreślają finansowy wkład Unii Europejskiej w remont tego cudu hydrotechniki. Jednak my, użytkownicy dróg wodnych, patrzymy głównie pod kątem ułatwień i przydatności do uprawiania turystyki wodnej przez kajakarzy, motorowodniaków i żeglarzy. Od pierwszego momentu odnieśliśmy wrażenie, że ten remont czy też renowacja były robione głównie dla potrzeb żeglugi elbląsko-ostródzkiej, a więc komercji, a nie indywidualnych turystów. Nie zabezpieczono godnego postoju dla jachtów oczekujących na swoją kolej. Brak jakiejkolwiek infrastruktury socjalno-bytowej. Dalby stalowe, pomalowane na czerwono, ale niezabezpieczone drewnem czy gumą, obijały nasze łodzie, a wartki nurt „spustów” wody rzucał nas na nie. Prawie wszystkie jachty „zaliczyły” spotkanie z dalbami. Może to celowe działanie, bo po pokonaniu wszystkich pochylni białe jachty nabrały barw narodowych. Najbardziej ucierpiał Mietek K. na „Siwym”. Zaliczył dziurę w burcie, całe szczęście, że powyżej linii wodnej.


Po tych niepotrzebnych przygodach dobrnęliśmy do ostatniej pochylni Buczyniec, gdzie zamierzaliśmy zrobić postój na późny obiad i przenocować. I tu kolejne rozczarowanie. Pochylnię tę pamiętaliśmy z ubiegłych lat z fajnego baru, sklepu z pamiątkami itp. A tu pustynia! Kompletnie nic! Zwiedziliśmy muzeum Kanału Elbląsko-Ostródzkiego i zadecydowaliśmy, że płyniemy do zatoczki na początku jeziora Ruda Woda. Znaliśmy to miejsce, nieopodal jest kąpielisko i punkt gastronomiczny, a 1,5 km dalej dobrze zaopatrzony sklep spożywczy oraz stacja paliw, gdzie można uzupełnić wysychające zbyt prędko baki.


Pod wieczór kolejno wpłynęliśmy do zarośniętej zatoki. Z uwagi na brak miejsc rozbiliśmy się na trzy grupki, ale w zasięgu wzroku i głosu. Po upalnym dniu kąpiel w czystej wodzie jeziora i spać. Po „przeżyciach pochylniowych” i konieczności dokonania drobnych napraw i uzupełnieniem zaopatrzenia, zarządziłem dzień bosmański. Nasze dzieci – Olga, Maja i Jasiu głównie zażywały kąpieli, wędkarze łowili ryby, sternicy robili przegląd techniczny jachtów. Jednym słowem pracowity dzień, jakże potrzebny po przepłynięciu połowy trasy.

W czwartek 3 lipca po śniadaniu, w ustalonym szyku wyruszyliśmy do Ostródy.


Miłomłyn pozostawiliśmy na powrotną trasę. Kanał elbląski odczuł tę przeszło dwuletnią przerwę w żegludze i porządnie zarósł. Do tego niski stan wody uczynił nasze pływanie trudnym, a w niektórych momentach niebezpiecznym. Co chwilę trzeba było oczyszczać śruby z zielska i innych wodorośli. Z przeszkodami, ale szczęśliwi dobiliśmy w komplecie do portu LOK w Ostródzie. Przywitał nas zaprzyjaźniony bosman Jacek. Ulokował nas w wolnych miejscach przy głównym pomoście. Po dawnej znajomości potraktował nas ulgowo i udostępnił całą bazę przystani. Załoganci rozbiegli się po okolicy szukając słynnego baru, gdzie serwowano doskonałą smażoną i wędzoną sielawę oraz pyszne lokalne piwo. Nic z tego! Zamknięte! Trzeba było iść do nieco oddalonego miasta. Zrobiliśmy także korektę naszych planów. Zrezygnowaliśmy z wycieczki na pola Grunwaldu. Większość z nas tam była, a żar lejący się z nieba i potrzeba drobnych napraw utwierdziły nas w słusznej decyzji.

W tej sytuacji w piątek od rana ruszyliśmy w drogę powrotną, robiąc sobie dłuższy postój na lunch w Miłomłynie. Tutaj dużo się zmieniło.


Gmina, korzystając ze środków unijnych, zbudowała pomost dla jachtów, a restauracja zachęcała smacznym jadłem. Uwinęliśmy się do 15.00 i ruszyliśmy do Zalewa. Zalewo znalazło się w naszym programie za usilną namową mojego przyjaciela Staszka Kasprzaka, który argumentował to brakiem miejsc postojowych w marinach Iławy i panującym tam tłoku. Wabił nas obietnicą zwolnienia z opłat portowych w nowej marinie, która uhonorowana była w 2014 r. nagrodą „Przyjaznego Brzegu”. Biorąc pod uwagę te argumenty ruszyliśmy w najdłuższą chyba trasę, albowiem trzeba było do wieczora pokonać długi odcinek kanału, wpłynąć na Jeziorak i kursem na północ pokonać przeszło 15 km jeziora, a potem przepłynąć Kanał Dobrzycki (4 km, wśród trzcin i niemiłego zapachu).


Ściemniało się, kiedy wypłynęliśmy na piękne, choć katastrofalnie zdegradowane jezioro Ewingi. Bezbłędnie nawigowaliśmy na wieżę kościoła w Zalewie. Po chwili ukazały się nam zabudowania nowoczesnej mariny. Profesjonalne pomosty, piękne zaplecze i życzliwość bosmanów przywitały nas w Zalewie.


Późnym wieczorem zjawił się Staszek K., jako pełnomocnik burmistrza Zalewa ds. wodnych i główny koordynator projektowania i budowy mariny. Do późna zwiedzaliśmy obiekty mariny i jej piękne otoczenie. Zmęczeni, ale zadowoleni daleko po północy „oddaliśmy się w objęcia Morfeusza”. Jutro ostatni dzień rejsu i uroczyste zakończenie rejsu przy ognisku. O godz. 10.00 pani Kacprzak – lokalny przewodnik – czekała na naszą grupę. Wręczyła nam kartkę z rymowanym tekstem i oznajmiła, że ten pełen tajemnic i zagadek wiersz oprowadzi nas po historycznym Zalewie i pozwoli odkryć jego uroki.

Z nieba lał się żar, a grupa w zwartym ordynku podążała za przewodniczką. Faktycznie, Zalewo - dawny ośrodek przerobu drewna, a później garbarstwa, dzięki dobrym gospodarzom miasta lśnił czystością i kwiatami. Szkoda tylko, że tak nowoczesna i funkcjonalna marina powstała nad jeziorem, w którym strach było zanurzyć stopę. Według zapewnień Staszka K. istnieje plan rewitalizacji jeziora i za 10 lat będzie się można w nim kąpać. Oby się to ziściło!


Nasze dzieciaki znalazły sposób na ochłodzenie się, polewając się wodą. Zrobiliśmy im prysznic, a lody z pobliskiego sklepu całkowicie ich udobruchały. Upał wygnał wszystkich z jachtów. Zimne piwo i cień pod grzybkiem pozwolił nam przetrwać do zachodu słońca. Tylko załoga „Gniewka Radosława” pozostała w jachcie.


Temperatura sięgała 35 st. C, a Ryszard przygotowywał obiad, tzn. wspaniałą polską fasolówkę na wędzonce. Zapach jej drażnił nasze nozdrza i wzmagał apetyt. Znaliśmy już kunszt kulinarny Rysia i wiedzieliśmy, że będzie to hit. I był!


W wyznaczonym miejscu bosmani zorganizowali ognisko żeglarskie, zabezpieczając nas w drewno. Kiełbaski i inne przysmaki wyjęli z bakist sternicy i gdy rozgwieździło się niebo, rozpoczęliśmy biesiadę. W jej trakcie zjawił się niezawodny Stasiu Kasprzak, który przywiózł materiały reklamowo-informacyjne, pamiątkowe koszulki, które rozdzieliliśmy wśród uczestników tego zakończenia. Masze dzieciaki - Maja i Jasiu, z własnej inicjatywy przygotowały mały program artystyczny. Maja zadeklamowała piękny wiersz i zaśpiewała „hymn” żeglarski „Gdzie ta keja?”. Jasiu, nasz wirtuoz skrzypiec, który już kilkakrotnie grał nam przy ogniskach, dziś zagrał jak natchniony. Dziadek Hirek i my z Basią byliśmy dumni i mieliśmy poczucie, że tych dzieciaków „zaraziliśmy” wodną tułaczką. Były przemowy, toasty, ale najważniejsza była wspaniała atmosfera podtrzymywana przez dźwięki szant i ballad, które puszczali nam bosmani. My nuciliśmy je w rytm iskierek i spadających gwiazd. Kończyła się cudowna przygoda. Wspólnie ustaliliśmy, że spotkamy się na zlocie Instruktorów Turystyki Żeglarskiej, który co roku organizuje Komisja Turystyki Żeglarskiej ZG PTTK, a ma to się odbyć w Załęczu Wlk. koło Wielunia w dniach 24-27.09.2015 r.

Mam nadzieję, że wszyscy, którym pozwoli zdrowie i czas przyjadą nad Wartę, aby spotkać się i retrospektywnie ocenić wspólnie przeżytą przygodę.

Subiektywna relacja

Komandora koordynatora rejsu

Edwarda Kozanowskiego

P.S. Dziękuję Jurkowi Szychowiakowi, który mnie wspierał i w dużej części sponsorował rejs oraz Hirkowi Torbickiemu, który był gotowy w każdej chwili udzielić bosmańskiej pomocy. Znał się na prawie wszystkim, a co najważniejsze, był uczynny i serwował zawsze celną i dobrą radę. Wdzięczny jestem także Januszowi Matuszykowi, który mimo, że już wiedział, iż nie będzie uczestniczył w rejsie, przesłał dla uczestników drobne gadżety w postaci długopisów i kalendarzy na 2016 rok oraz Rysiowi Grzegorzewskiemu, że jest z nami i znajduje w tym osobistą satysfakcję i „paliwo” do dalszego działania.

Dziękuję.

Do zobaczenia.

A-hoj!

Poprawiony: piątek, 23 października 2015 17:47
 
«pierwszapoprzednia1234567następnaostatnia»

Strona 1 z 7

Joomla themes, affordable business hosting.