Reklama
Relacja z Serpelic PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
wtorek, 14 października 2014 09:24

Relacja z XXXI Kursu i Zlotu Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK

„Serpelice 2014”

Coroczny kurs i zlot instruktorów turystyki żeglarskiej PTTK w tym roku odbył się     w dniach 2-5.10.2014 r Serpelicach, w przepięknej miejscowości zlokalizowanej nad Bugiem, na jego przełomie. Miejscowości mającej to coś w sobie, że każdy, kto choć raz spędził tu jedną noc, będzie chciał ponownie przyjechać.

Tak samo było i ze mną, zostałem oczarowany kilka lat temu Serpelicami i przyjeżdżając tu jeszcze kilkakrotnie, zgodnie z tradycją organizacji zlotów, co roku w innej części Polski, wiedziałem gdzie odbędzie się XXXI Kurs i Zlot PTTK.

Magiczna okolica, a przy tym sensownie i ze smakiem zagospodarowany Ośrodek Wypoczynkowy „Urocza”, oraz przesympatyczni właściciele Bogusława i Andrzej Dudziakowie, dawali pewność udanego pobytu.

Przyjeżdżając w czwartkowe do południe na Podlasie, słynące z grzybnych lasów, mieliśmy nadzieję na obfite zbiory, lecz brak od prawie miesiąca deszczu zniweczył naszą wiarę na własne marynowane grzybki. Za to przyjeżdżając jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem zlotu mieliśmy czas na długi spacer pośród nieskażonej przyrody, w ciszy i spokoju.

Pomimo nieraz znacznych odległości jakie przyszło pokonać uczestnikom kursu i zlotu prawie wszyscy wieczorem 2 października melduje się w ośrodku Urocza. Część zamieszkała w pokojach hotelowych, część w ogrzewanych domkach kampingowych z łazienkami. Pierwsze powitania i nie kończące się opowieści o mijającym sezonie, przeżytych przygodach, wrażeniach i spotkanych osobach, ciągnęły się do późna w nocy.

Drugi dzień, jak to już jest w zwyczaju zlotów poświęcony jest krajoznawstwu. Co roku odwiedzając inne regiony Polski, mamy możliwość poznania nieznanych nam dotąd miejsc, zobaczenia zabytków oraz pomników historii i przyrody. Tak również było w tym dniu. Autobus PKS Łosice punktualnie podjechał pod bramę ośrodka i mogliśmy dojeżdżając w luksusowych warunkach, rozpocząć zwiedzanie Janowa Podlaskiego, Siemiatycz, Drohiczyna i Grabarki.

Patrząc na mapę mogłoby się wydawać, że odległości niewielkie, ale jedyny most w okolicy, na Bugu w Kózkach, zdecydowanie wydłużał drogę i czas trwania naszej krajoznawczej eskapady.

Przejazd do Janowa Podlaskiego choć szybki, przysporzył nam wielu wrażeń, przejeżdżaliśmy bowiem przez jeden z najładniejszych fragmentów przełomu  i nadbużańskich łąk. Zwiedzając stadninę koni arabskich w Janowie Podlaskim mieliśmy okazję, dzięki posiadającej ogromną wiedzę i bardzo kompetentnej  przewodniczce, poznać stadninę, jej dzieje i tragiczną historię hodowli koni podczas zaboru rosyjskiego i okupacji hitlerowskiej. Poznać historię najznakomitszych ogierów i klaczy, zobaczyć nowoczesne zabudowania stadniny, padoki i konie           w galopie. Ten odgłos i gracja ruchu, chyba u każdego wywołała dreszczyk wzruszenia i pewnej nostalgii. Przypominając powiedzenie Krzysztofa Baranowskiego: „trzy rzeczy są najpiękniejsze na świecie, to kobieta w tańcu, koń w galopie i statek pod pełnymi żaglami”, dwie już mogliśmy w pełni potwierdzić,            o pierwszej mówiącej o kobiecie w tańcu mogliśmy się przekonać podczas wieczornego grilla, z muzyką i tańcami naszych własnych muz.

Niezmiernie interesująca, zachęcająca do słuchania kronika hodowli koni arabskich, położenie obiektów i padoków dla koni, sposób opowiadania o historii         i dniu dzisiejszym stadniny, bezpośredni kontakt z końmi w zagrodach, spowodował znaczny niedoczas w programie wycieczki, tym bardziej, że kierowca autokaru był zobligowany do przestrzegania surowych norm czasu pracy za kierownicą.

Szybki przejazd do Siemiatycz, przez Sarnaki, miejsca spektakularnej akcji przechwycenia wiosną 1944 r przez polskie podziemie, niewybuchu rakiety V2 i późniejsze przekazanie jej części do Londynu i w Siemiatyczach spotykamy się z Kamilem, naszym przewodnikiem po dalszych atrakcjach tego dnia. Zwiedzamy kościoły, cerkwie, synagogę, charakterystyczne miejsca w historii tak wielokulturowego miejsca jakim było i jest Podlasie. Gdzie katolicyzm przeplata się    z prawosławiem, gdzie nikogo nie dziwią dwa różne, ustawione obok siebie krzyże, gdzie Grabarka, Częstochowa prawosławia, przyciąga nie mniejsze rzesze swych wyznawców niż polska stolica maryjnego kultu. Gdzie ludzie żyją w zgodzie, są sobie pomocni i życzliwi, a przy okazji potrafią wspólnie obchodzić swoje religijne święta, nie ważne, że oddalone od siebie czasowo o 13 dni.

Niedaleki Drohiczyn ze swym wzgórzem zamkowym z którego rozpościera się wspaniały widok na następny z przełomów Bugu, daje chwilę odpoczynku i pokazuje swe zabytki. Zwiedzamy siedzibę biskupów drohiczyńskich i muzeum kajakarstwa,    o istnieniu którego niewielu uczestników wycieczki wiedziało. Niezmiernie miłym dla podniebienia zgłodniałych już zlotowiczów był obiad w restauracji Irena, gdzie podano nam miejscowy specjał - zaguby. Nie wyjaśnię co to jest, proponuję sprawdzić osobiście, zapraszam, bo warto, danie jest wyśmienite w smaku z karkówką i czerwoną kapustą.

Dojeżdżając do wcześniej już wspomnianej Grabarki, świętej góry polskiego prawosławia, zwiedzamy cerkiew, słuchamy opowieści o pobliskim klasztorze, mamy możliwość napić się ozdrowieńczej wody ze źródełka bijącego u podnóża góry. Spacer obok tysięcy wotywnych krzyży, na każdym robi przeogromne wrażenie i skłania do zadumy nad przemijającym tak szybko czasem, jego marnością, a może   i niespełnieniem.

Krzyże duże, średnie, małe i takie które ledwo widać, wykonane z metalu, kamienia, drewnianych bali, powstałe ze związania dwóch patyków, prawie już rozsypujące się z upływu czasu, wyzwalają wręcz oczyszczające katharsis.

Spory niedoczas z planem podróży, dziewięciogodzinny, ustawowy czas pracy kierowcy autokaru, nie pozwolił nam na zrealizowanie ostatniego punktu piątkowego zwiedzania. Spojrzenie w Mielniku, z punktu widokowego na jedyną działająca w Polsce odkrywkową kopalnie kredy. Widok niezmiernie intrygujący, lecz realia zmusiły nas do szybkiego powrotu do Serpelic.

Przygotowując w tajemnicy z Pawłem Czudowskim wystawę pt. „Nasi najlepsi” pokazującą działalność społecznikowską, udział w niezliczonych rejsach i zlotach Edka Kozanowskiego, w towarzystwie niezastąpionej żony Basieńki, chcieliśmy jako KTŻ ZG PTTK wyrazić szacunek i oddać honor żeglarzowi, który potrafił zainicjować i poprowadzić pierwsze rejsy łodziami śródlądowymi na pobrzeże Bałtyku. Który dał przykład i pokazał, że nie rygorystyczne ograniczenia administracyjne, a zdrowy rozsądek, wiedza i umiejętność przewidywania powinny być podstawową przesłanką zezwalającą na pływania morskie.

Dodatkowo miałem przyjemność wręczyć Edziowi dyplom przyznany przez ministra sportu i turystyki, za długoletnią pracę w jury konkursu „Nagroda Przyjaznego Brzegu”. Później była jeszcze lampka szampana, gratulacje, uściski dłoni, podziękowania. Dla nas ogromna satysfakcja, dla Edka wzruszenie ale i chwila zadumy.

Wieczór zakończyła kolacja z grilla, z prawie niezliczona ilością karkówki, kaszanki, kiełbasek i różnorakich domowych ciast i napitków.

Specjalnie zbudowane, przestronne, zadaszone miejsce na kominek i ognisko zachęcają do długiej biesiady. A wszystko okraszone muzyką na żywo, dźwięk akordeonu i śpiew naszego zapiewajły rozchodził się do samej północy i prawie wszystkich uczestników zlotu bawił i rozgrzewał do końca.

Następny dzień, przy równie pięknej jesiennej pogodzie, pozwolił nam w trzech grupach pożeglować, specjalnie przystosowanym na płytkie wody bocznokołowcem, w górę Bugu, aby podziwiać od wody nieskażoną niczym przyrodę, usłyszeć cichutki plus wody, poczuć na twarzy ciepło słonecznych promieni i delikatny powiew wiatru.

W tym czasie pozostali uczestniczyli w kursie nauki udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej, ucząc się rzeczy nowych lub pogłębiając praktycznie na fantomach, wcześniej zdobyte umiejętności. W wielu przypadkach okazało się, że wiedzieć wcale nie znaczy umieć i kilka osób po raz pierwszy skutecznie mogło nauczyć się prawidłowego wykonywania sztucznego oddychania i masażu serca. A że nie jest to ani łatwa ani lekka czynność, wielu szkolącym się, pot na czole kroplił się obficie.

Pozostały do obiadu czas przeznaczony został na rozmowy kwalifikacyjne z kandydatami na instruktorów, pozostali uczestnicy zlotu mogli podziwiać przyrodę    i zabudowę Serpelic.

Po obiedzie KTZ ZG PTTK zebrała się na swym posiedzeniu, aby omówić i ocenić mijający sezon żeglarski: rejs po Pętli Żuławskiej i do Brukseli z okazji X lecia przystąpienia Polski do UE, zatwierdzić listę przyszłorocznych imprez objętych patronem KTŻ, wyznaczyła zadania na najbliższy okres, wysłuchała informacji o kończącej się, XI edycji konkursu „Nagroda Przyjaznego Brzegu”.

Niezwykle ciepły sobotni wieczór ponownie zapraszał do ogniska i na samodzielnie pieczone kiełbaski. Odbył się również konkurs –„grill na różne sposoby- co można smacznego przygotować na ogniu”. Chętnych do udziału w konkursie było wielu         i uniemożliwiło jednoczesne przygotowanie na ogniu wszystkich smakołyków. A były przeróżne: od prażonych w miodzie orzechów włoskich, poprzez plastry cukinii polane smakowitym sosem, kończąc na szaszłykach z mieszaniny mięsa wołowego, fety i imbiru. Skład oceniający doszedł do wniosku, że nie mając możliwości jednoczesnej oceny organoleptycznej przygotowanych potraw, wśród wszystkich biorących udział zostaną rozlosowane nagrody w postaci przepięknie wydanych albumów. Zabawa była przednia a różnorodność potraw potrafiła zaspokoić gust najwybredniejszych podniebień.

Niedzielne przedpołudnie upłynęło na dalszych szkoleniach. Dwugodzinny wykład Maćka Grzemskiego z zasad bezpieczeństwa i etykiety zapełnił do ostatniego miejsca salę wykładową, a komplet materiałów przygotowanych przez przewodniczącego KTŻ, dotyczący zjawisk meteorologicznych, omawiający zasady tworzenia się chmur i umożliwiający na podstawie przygotowanych opisów i zdjęć ich rozpoznanie, również wywołał spore zainteresowanie i „rozszedł” się bardzo szybko.

Wcześniejszy obiad, z wyborem zup, mięs, klusek lub ziemniaków, własnego wypieku ciast, to kwintesencja wyżywienia jakie w nadmiarze serwowali nam właściciele ośrodka. Nawet osoby, które musiały po śniadaniu wyjechać ze względu na odległość od domu, nie mogły się nadziwić wielkością i składem przygotowanego na drogę „suchego” prowiantu.

Trzy październikowe dni szybko minęły, zaś wspaniała pogoda sprzyjała, wręcz zachęcała do jak najdłuższego pobytu na łonie przyrody, z czego chętnie korzystaliśmy. Niestety wcześniej czy później trzeba spotkać się z rzeczywistością      i wrócić do domu. Przyszłoroczny kurs i zlot odbędzie się „gdzieś” w centralnej Polsce, gdyż wielu uczestników miało w tym roku do pokonania 400-500 km w jedną stronę. Gdzie odbędzie się zlot ja już wiem, ale na razie pozostawię to w tajemnicy, aby wszystko przygotować a dopiero potem zaprosić.

Dziękuję wszystkim uczestnikom zlotu za stworzenie tak wspaniałej atmosfery, za wspólną zabawę, za udział w szkoleniach, za chęć bycia z sobą.

 

Pozdrawiając żeglarsko

Wojtek Skóra

Poprawiony: wtorek, 14 października 2014 09:53
 
Rejs do Brukseli PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
wtorek, 14 października 2014 09:54

Kilka refleksji z rejsu do Brukseli

Nasza część rejsu rozpoczęła się 30.06.2014 r w Kostrzynie nad Odrą, gdzie wspólnie z Bernasiem zwodowaliśmy dźwigiem łódki, przy okazji poznając ich wagę (gdzie to się wszystko zmieściło ?!). Nie mieliśmy wiele czasu i już pierwszego dnia około godz. 16.00 cumowaliśmy w Oderbergu.

Nie będę opisywał tutaj ze szczegółami trasy rejsu, odwiedzanych miejsc i opisów spotkań ze spotkanymi żeglarzami, bo zawsze to byłaby to subiektywna ocena, a nie o to w tej reminiscencji chodzi. Skupię się raczej nad sama trasą, jej oznakowaniem, sposobami przechodzenia przez śluzy, przygotowaniem infrastruktury do turystyki wodnej oraz różnic pomiędzy poszczególnymi państwami.

Jak wyżej wspomniałem, nasz rejs rozpoczęliśmy w dwie łódki, by po dwóch dniach spotkać się na zachód od Berlina z pozostałymi uczestnikami rejsu, którzy albo wcześniej popłynęli tą samą trasą, albo Szprewą, również zameldowali się w zaprzyjaźnionym jacht klubie na wyspie Lindwerder. Tam w dniu 4.07.2014 r, w siedem łodzi (Amper, Bernaś, Gaja, Lupus, Mrówka, Pańcia, Stanal) rozpoczęliśmy rejs upamiętniający 10 lecie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej                           i przeprowadzonej w 2004 r akcji Powitania Unii Europejskiej na polskich wodach. Wtedy witaliśmy zachodnich wodniaków na polskich wodach, teraz po dziesięciu latach wieźliśmy mapy i materiały promocyjne, z zaproszeniem na polskie szlaki wodne.

Wracając do charakterystyki szlaków wodnych po których przyszło nam płynąć ,od razu zrobię małe zastrzeżenie, nie będzie „obiektywnych” opisów, będą tylko te odnoszące się do zauważonych przeze mnie szczegółów i oceny przydatności napotkanych zjawisk dla żeglugi turystycznej.

Podczas wędrówki posługiwaliśmy się mapami i przewodnikami różnych wydawnictw oraz mapą elektroniczną Navionics XG 46. Niestety co wydawnictwo, mapa to różne dane. Brak lub niepełne oznakowanie kilometrowe na brzegu, niekompletne lub nieaktualne oznakowanie, nagminnie używany przy wskazaniu portu przemysłowego piktogram jachtu, przypisany do oznaczania przystani/marin (istna zgaduj zgadula) itp.

Najlepiej na tym tle prezentują się mapy i oznakowanie brzegowe w Niemczech, jeszcze raz potwierdza się prawda o niemieckim ordnungu.

Widoczne z daleka słowne (SPORT) i graficzne oznakowanie miejsc przeznaczonych do oczekiwania jachtów turystycznych na otwarcie śluz, oraz umieszczone tam przyciski interkomu i podane nr. kanału UKF umożliwiające kontakt z obsługą śluzy     i są bardzo pomocne zwłaszcza przy ogromnym ruchu towarowym. W Niemczech obowiązuje zasada mówiąca o otwarciu śluzy w przypadku oczekiwania przynajmniej trzech łodzi turystycznych. My nie mieliśmy tego problemu i nigdy nie czekaliśmy przy pomostach zbyt długo, oczywiście jak wszędzie bezwzględne pierwszeństwo przy śluzowaniu ma żegluga profesjonalna.

Na trasie jest również sporo wydzielonych miejsc umożliwiających bezpłatny i bezpieczny postój, nawet przez trzy doby. Nie ma tam niestety toalet czy wody, zawsze są za to pojemniki na śmieci.

Mittellandkanal przy swoich 320 km długości mógłby wydawać się nudny, typowa przemysłówka, gdzie dzień i noc zasuwają barki i różnego rodzaju zestawy niczym jak na przysłowiowej Marszałkowskiej, okazał się całkiem przyjaznym i bezpiecznym miejscem. Wystarczy wymienić mijany Magdeburg (początek kanału), Wolfsburg (miasto volkswagena), Hanower czy Munster (wspaniała starówka) już na kanale Dortmund-Ems.


Potem oczami strachu widzieliśmy Ren, ale jak to często bywa, nie taki diabeł straszny jak go malują. Zachowując zdrowy rozsądek i trzymając się prawego brzegu (4-6 m głębokości), przy tak dużym uciągu wody żegluga przynosi sporo frajdy. Staraliśmy się nie wchodzić nikomu przed dziób, choć czasami czuliśmy się lekko nieswojo gdy np. płynące całą szerokością rzeki, trzy ogromne, podwójne (na szerokość) zestawy barek wyprzedzały lub omijały nas. Małe łupinki pośród wielgachnych barek.

Podsumowując koszt postojów w niemieckich przystaniach to rząd wielkości 6 € (najtańsza przystań w Wesel na Renie, płatne do koperty, wrzucanej do skrzynki przy bramce wejściowej na pomosty, do 16 € w Bergu, koło Brandenburga, średnio około 10-12 € za dobę, z prysznicem czasem prądem). Generalnie wszędzie urzęduje bardzo pomocny i uczynny hafenmajster.

Dalej Holandia, trochę inny świat, już nie tak poukładany i przewidywalny jak Niemcy, ale na swój sposób piękny, zwłaszcza płynąc tak jak my przez Arnhem, Utrecht do Amsterdamu. Wszystkim na długo w pamięci pozostanie jazda wąskim  kanałem, pod niesamowitą ilości mostów, przez historyczne centrum Utrechtu.

Holandia jest wspaniała i niepowtarzalna, całymi kilometrami wzdłuż mijanych brzegów kanałów i rzek mogliśmy podziwiać zamieszkałe barki. Barki, domy, wręcz małe rezydencje, z własnymi ogródkami, trawnikami, tarasami czy pomostami dla przycumowanych łódek. Intrygująco w takich miejscach wyglądały całe szpalery różnokolorowych hortensji. Urzekające.

W zasadzie również w Holandii nie mieliśmy większych trudności ze zgraniem posiadanych map z miejscem aktualnego pobytu. Oznakowanie na mapach i w terenie nie było już tak dokładne i systematyczne jak w Niemczech, ale urok mijanych miejsc w pełni rekompensował nam te braki.

Miejsca oczekiwania na prześluzowanie to ogromne i długie ściany z polerami, obłożone drewnem, przy których czekają wielkie barki jak i małe jednostki turystyczne. Ceny za postój wielkościowo podobne do cen niemieckich, choć w większości przypadków w cenie jest już wszystko, również hafenmajstrowie niezwykle uczynni i życzliwi oraz bardzo zaciekawieni jachtami pod biało czerwoną  banderą. Tylko w kilku miejscach gościli wcześniej polskie jachty.

Z Amsterdamu przez Rotterdam i Dordrecht dopłynęliśmy do Antwerpii w Belgii. Ciekawie wyglądała granica pomiędzy obydwoma krajami, to po prostu sygnalizatory świetlne, ustawione na obu brzegach rzeki, oczywiście z zapalonymi zielonymi światłami.

Antwerpia to jeszcze inna historia, poznałem to miasto podczas rejsów Darem Młodzieży i nigdy nie mogę wyjść z zachwytu nad tym starym, portowym miastem.

W Belgii obowiązuje winieta w formie naklejki na pływania po wodach śródlądowych, w naszym przypadku to kwota 40 €, na okres trzech miesięcy, płatna na pierwszej śluzie po przekroczeniu granicy. Na wielu śluzach proszono nas o podanie nazwy własnej jachtu lub notowano ją w celu weryfikacji. Przynajmniej tak to wyglądało.

Z przykrością skonstatowaliśmy, że Belgia ma najsłabiej oznakowane drogi wodne. Tak na mapach jak i w terenie, prawie całkowity brak kilometrówki, słaba lub żadna informacja o możliwości cumowania, dopiero po „chwili” zorientowaliśmy się, że pomalowane na żółto polery to miejsca bezpłatnego cumowania łodzi turystycznych.

Zresztą w znacznych niekiedy odległościach od siebie.

Z Antwerpii popłynęliśmy do Brukseli –teoretycznie celu naszego rejsu. Cumowaliśmy w jedynej w mieście przystani, w królewskim jacht klubie. Miejsce ładne, z pełną infrastrukturą, choć swoją świetność mającą już poza sobą. Do centrum trzeba dojechać tramwajem, ponad dziesięć przystanków, ale każde niedogodności i czas dojazdu rekompensują później widoki miejsc, parków                  i zabytków. Nie mogliśmy nie zrobić sobie fotki przy gmachu Parlamentu Europejskiego. Po brukselskiej starówce można błąkać się godzinami, podziwiając wspaniale zachowane zabytki, robiąc fotki przy sikającym chłopczyku i dziewczynce (o której nie wszyscy wiedzą). Polecam doskonałą belgijska czekoladę.

Płynąc dalej na południe dopłynęliśmy do jednej z najdłuższych wodnych pochylni w Europie. Długość 1,5 km, a różnica poziomów 70m. Po dotarciu na szczyt byliśmy najwyżej w stosunku do poziomu morza podczas całego tegorocznego rejsu -115 m. npm. Zresztą widok z „góry”, przy panującej pogodzie był znakomity.

Osobnego miejsca wymaga opis wyglądu dalszego szlaku, całymi kilometrami to wybetonowany skośnie, na wysokość 2-3 m powyżej powierzani wody kanał, bez możliwości przycumowania małą łodzią. Nie potrafiliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, po co tak zabetonowano tak długie odcinki, tym bardziej, że miejscami odnajdowaliśmy fragmenty zupełnie płaskie lub zalesione, z nieuzbrojonym brzegiem.

Teoretycznie wyglądało to na zabezpieczenie przeciwpowodziowe, z drugiej strony przerwy, które zauważyliśmy jakby przeczyły temu. Takim obetonowanym szlakiem dopłynęliśmy do Charleroi. Miasto wydawałoby się niosące w swej nazwie konotacje historyczne, okazało się stolica trochę już zdegradowanego zagłębia przemysłowego (taki nasz Śląsk czy niemieckie Zagłębie Rury). Pewnie już nigdy w innym miejscu nie będziemy mieli możliwość przepłynąć przez środek pracującej huty stali. Gdzie jest śluza, a jedno nabrzeże to miejsce przy którym rozładowuje się rude i złom, a drugie to miejsce załadunku, z magazynów walcowni, gotowych wyrobów.

Odcinek ten dał się nam bardzo we znaki, z powodu braku sensownego miejsca do postoju, zmuszeni byliśmy płynąć w tym dniu przez 12 godz.

Za to wpływając w Namur na Moze, przenieśliśmy się w inny świat. Choć dalej płynęliśmy przez bardzo zurbanizowane tereny, jednak bliskość silnie zalesionych i pagórkowatych Ardenów oraz meandrowanie rzeki sprawiało wrażenie, że płyniemy przełomem Dunajca.

Później był Liege (zupełnie nieciekawe miasto, choć ładnie zlokalizowana w centrum miasta spora przystań, w godzinach nocnych oferowała tylko jedną toaletę i jeden natrysk). Trochę dziwne, ale nie zastanawialiśmy się dłużej nad tym. Płynąc dalej ponownie wracamy do Holandii. Szlak prowadzi przez wielkie rozlewiska Mozy, istny raj dla wodniaków. Próbujemy znaleźć jakieś sensowne miejsce, gdzie moglibyśmy zostawić nasze okręty na zimę. Płynąc powoli w dół Mozy przepływamy przez najstarsze miasto Holandii – Maastricht, miejsce gdzie w 1992 r podpisano traktat tworzący Unię Europejską. Przechadzając się po brukowanych uliczkach miasta, ze wszystkich stron spogląda na nas historia. Ta dawna i ta która dopiero co zapisała się w dziejach miasta i Europy. Fajne uczucie satysfakcji i zadowolenia, że możemy , dzisiaj, bez żadnych problemów podróżować gdzie oczy lub woda nas poniosą. Rewelacyjne poczucie wolności, gdzie tylko nasza pomysłowość nas ogranicza.

Płynąc dalej przez Maasbracht podziwiamy zagospodarowanie ogromnych rozlewisk, po których pływają niezliczone ilości jachtów żaglowych i motorowych. Istny raj dla wodniaków, dziesiątki marin i przystani. Doskonale wyznakowanych, z tablicami informacyjnymi widocznymi już z daleka. Prawie nasze Mazury.

W dniu 16.08.2014 r dopływamy do Rermont, gdzie znajdujemy zaciszną marinę, doskonale przygotowaną technicznie do slipowania i przechowywania łodzi w okresie zimowym.

Tak na marginesie, na pobliskim ogromnym rozlewisku, jak zgodnie przyznaliśmy, na pewno cumuje więcej łodzi niż w całej Polsce razem.

Pertraktacje z hafenmajstrem w sprawie zimowania, okazało się, że właścicielem mariny, choć długie zakończyły się powodzeniem. Największą trudność sprawiło mu przeliczenie kosztów przechowywania łodzi na lądzie przez 10 mc. Tam standardowy okres zimowania trwa od 1 listopada do 31 marca i nie jest wcale zabójczy dla kieszeni armatora jachtu. Zupełnie inna bajka to koszty bezpiecznego przechowania naszych łodzi do przyszłorocznego sezonu. Gentelmani o pieniądzach nie mówią, muszą je mieć, zgodnie z przysłowiem „jak masz statki, to masz wydatki”.

Po wyjęciu z wody czterech łodzi (jedna wróciła na kołach do Polski), myciu, sprzątaniu wnętrz, polerowaniu kadłubów, zabezpieczaniu przez wiatrem i śniegiem (choć ponoć występującym w śladowych ilościach) w dniu 20.08.2014 wsiadamy do zamówionego busa, który bez problemów odwozi nas do naszych prywatnych, domowych portów. Odjeżdżając z przystani, chyba każdemu z nas zakręciła się łezka w oku, że to już, że tak szybko, a było tak fajnie. Całe szczęście, że czerwiec już blisko.

Do zobaczenia w przyszłym roku na rzekach i kanałach Francji, potem… już tylko wody Dunaju.

Wojtek Skóra

Poprawiony: wtorek, 14 października 2014 10:13
 
Wiatr i Woda 2015 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
środa, 17 września 2014 08:52

Poprawiony: środa, 17 września 2014 08:55
 
Poznajmy Pętlę Żuławską i Zalew Wiślany 2014 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
czwartek, 11 września 2014 08:23

Sprawozdanie z XXXVI Międzynarodowego Rejsu Żeglarskiego PTTK

„Poznajmy Pętlę Żuławską i Zalew Wiślany 2014”

XXXVI Rejs PTTK w dniu 28.06.2014 r przeszedł do historii. Niestety czas jest nie ubłagany i bardzo szybko zaciera w pamięci wiele szczegółów i tych dobrych i tych złych. Tych ważnych i tych, jak się później okazuje zupełnie bez znaczenia.

Rejs w swym założeniu był rejsem promującym a przede wszystkim pokazującym uczestnikom jego trasę, zabytki, atrakcje turystyczne i przygotowanie infrastruktury wodniackiej. Koncepcja budowy, rozbudowy czy modernizacji marin i przystani, które na całym szlaku przebiegającym przez dwa województwa: pomorskie i warmińsko-mazurskie, spotkała się z ogromnym zainteresowaniem władz administracyjnych. Przedstawiciele obu marszałków Panowie Zbigniew Ptak i Jerzy Wcisła stworzyli doskonały projekt sieci marin Pętli Żuławskiej i Zalewu Wiślanego. A nie było to łatwe zadanie, pogodzenie interesów lokalnych samorządów, z różnymi problemami  i potrzebami w jeden jednolity, kompletny projekt zagospodarowania wodnego tak pięknego szlaku.

Kilkuletnie uzgodnienia, tworzenie dokumentacji technicznej i przygotowanie do budowy przerodziły się w konkretne mariny i przystanie. Nareszcie powstał w założeniu całościowy szlak żeglarski, będący do tego częścią międzynarodowej drogi wodnej E-70. Bardzo istotna i pomocną rzeczą przy promocji projektu było przygotowanie całego kompletu materiałów informacyjnych zawierających mapę szlaku z dokładnie rozrysowanymi przystaniami, ścieżkami rowerowymi, z pokazanymi i opisanymi atrakcjami turystycznymi. I co najważniejsze, w różnych wersjach językowych, co miało istotne znaczenie, ale o tym później.

Wracając jednak do naszego rejsu, same przygotowania jak zawsze rozpocząłem już jesienią 2013 r. Opracowanie koncepcji rejsu, jego założeń, trasy, wybór lokalnych atrakcji historycznych i turystycznych to wręcz już standardowe działania przed rejsem. Dodatkowo kilkanaście pism do lokalnych władz, a przede wszystkim ustalenia ze spółką z o.o „Pętla Żuławska”, specjalnie powołaną przez samorządy do zarządzania szlakiem. Pozostała tylko kwestia ilości uczestników, gdyż z kilku powodów tegoroczny rejs rozpoczynał się 7.06.2014 r. Elblag, miasto startu i mety trzytygodniowego rejsu obchodziło w tym roku 770 lecie uzyskania praw miejskich, również w tym dniu chcieliśmy rozpocząć sezon żeglarski na Zalewie Wiślanym oraz to że, w 10 rocznicę przystąpienia Polski do UE chciałem popłynąć z przyjaciółmi śródlądowymi drogami wodnymi Europy przez Berlin, Amsterdam, Antwerpie do Brukseli. Miał to być także dla mnie taki symboliczny rejs, nawiązujący do 2004 r, kiedy prowadziłem w ramach Powitania UE na polskich wodach rejs Wokół Serca Polski. Wtedy 10 lat temu zapraszaliśmy i witaliśmy wodniaków z Europy na polskie wody, a już po jednej dekadzie z ogromną satysfakcją i odpowiedzialnością możemy zaprosić ich już na polskie szlaki wodne. Jak wcześniej wspomniałem doskonale edytorsko wydane w wersji językowej niemieckiej i angielskiej materiały o drodze        E-70, a w szczególności opisujące Pętle Żuławską i Zalew Wiślany cieszyły się ogromnym zainteresowaniem w odwiedzanych przystaniach i jacht klubach, już podczas tego drugiego rejsu, ale to już zupełnie inna historia rozłożona na dwuletni rejs, bo przez Paryż i Strasburg chcemy wrócić do Polski.

Tegoroczny zakończony rejs wpisał się historii PTTK-owskich rejsów dużymi i małymi zgłoskami. Dla mnie jako komandora miał dwa oblicza. Przygotowania organizacyjne do rejsu i jego późniejsze przeprowadzenie. W pierwszym etapie zakładana ilość uczestników ma raczej teoretyczne znaczenie, rozmawia się o liczbach niż konkretnych ludziach, drugi etap to już obcowanie z płynącymi w  rejsie załogami, odpowiadanie na pytania, rozwiazywanie nieraz błahych problemów, kontrola nad przebiegiem rejsu a przede wszystkim cały czas dbanie o bezpieczeństwo ludzi i łodzi. W grupie siła, ale tylko wtedy kiedy jest jedność.

Nietypowy termin rozpoczęcia rejsu, początek czerwca uświadomił mi, że wielu dotychczasowych uczestników rejsów to czynni „dziadkowie i babcie”, którzy do końca roku szkolnego swoich wnuków mają stałe zajęcia, remont śluzy we Włocławku, a przede wszystkim ograniczenia czasowe i chęć płynięcia do Brukseli wyeliminowała kilka załóg, co w znacznym stopniu ograniczyło ilość uczestników czerwcowego rejsu.

W pierwszym momencie było mi nawet przykro, ale od pewnego wydarzenia byłem coraz bardziej z tego powodu zadowolony. W sumie w rejsie udział wzięło 5 jachtów, w tym jedna załoga z ukraińskiego Chersonia, która w 2011 r. uczestniczyła ze mną w rejsie im. gen. M. Zaruskiego po Dnieprze, od Czarnobyla do Odessy.

Był to dla nich pierwszy kontakt z pływaniem po polskich wodach i w takiej formie organizacyjnej. Małżeństwo Igora i Oleny bardzo otwarte i chłonne wszystkich zjawisk i wydarzeń z którymi mieli do czynienia podczas rejsu, a pomoc i życzliwość naszych załóg zaowocowała w końcowych dniach dobra znajomością języka polskiego przez gości z Ukrainy i przypomnieniem sobie przez polskie załogi rosyjskich słówek od dawna nie używanego języka (dla niektórych był to czas jeszcze szkolny).

Po sobotnim -7.06.2014 r. uroczystym rozpoczęciu rejsu, w obecności władz samorządowych, przedstawicieli marszałków i elbląskich żeglarzy mieliśmy przyjemność uczestniczyć we wspaniałym koncercie szantowym.


W niedzielę mieliśmy pierwszą z wielu podczas rejs wycieczek. Oglądaliśmy wspaniale odbudowaną elbląską starówkę (podczas wojny miasto zostało w 80% zburzone). Ciekawie prezentowały się ustawione w różnych częściach miasta ogromne, przestrzenne metalowe rzeźby.

Następny dzień to szybki, spokojny przeskok do Malborka i pobyt w przystani, jednej z najładniejszych na szlaku, a przede wszystkim kompletnej w swej zabudowie, działającej już trzeci sezon. Mogliśmy sami przekonać się jak działa marina nagrodzona w 2013 r w konkursie Nagroda Przyjaznego Brzegu. Nasza wspólna ocena to pięć z plusem.


Większość uczestników rejsu już kiedyś była na zamku w Malborku, ale wrażenie jakie wywarł on na naszych ukraińskich gościach było niesamowite. Zupełnie nie znany na Ukrainie gotyk, ogrom budowli i zastosowane rozwiązania architektoniczne, wyposażenie, charakterystyczny czerwony kolor i wreszcie skala odbudowy wyzwolił ogrom wrażeń. Zaś wieczorna inscenizacja Światło i Dźwięk była doskonałym podsumowaniem całodziennych odczuć.

Podobnie było na zamku w Gniewie, choć wielkość budowli i oswojenie się z takim stylem architektonicznym już nie wywołało takiego wrażenia jak wcześniejszy Malbork. A Gniew to następna wycieczka po mieście i jego atrakcjach turystycznych, potem spotkanie z wiceburmistrzem miasta od którego otrzymaliśmy wiele ciekawych materiałów promocyjnych, zakończył, choć po jeszcze długich wieczornych rozmowach na łodziach, ten interesujący żeglarsko i turystycznie dzień.

Zwiedzając w Tczewie Muzeum Wisły mieliśmy okazję oprócz stałych ekspozycji zobaczyć w zamkniętym magazynie kadłub s/y Opty Leona Teligi. Właśnie przygotowywany do dwuletniego remontu. Następny dzień to wypad pociągiem do Gdańska i zwiedzanie Starego Miasta.

Przystań w Tczewie, najlepsza jeżeli chodzi o funkcjonalność przystań na Wiśle, pomimo kilkuletniej już działalności trzyma się dobrze, zadbana z miłą i uczynną obsługą, na lepsze zmieniającym się otoczeniem. Szkoda tylko, że pusta. Może przyczyną była wczesna data w kalendarzu, bo podczas całego rejsu, łącznie z Zalewem Wiślanym, widzieliśmy bardzo mało pływających jednostek turystycznych.


Być może nie do końca przerwane już zostało koło niemożności –„nikt nie pływa, bo nie ma się gdzie zatrzymać. Nikt nic nie buduje, bo nikt nie pływa”. Niestety znamiennym przykładem jest tutaj w maju 2014 r z pompą otwarta przystań w Rybinie. Ładna, z dobrze wyposażonym budynkiem socjalnym (oglądaliśmy przez okno), ale zamknięta na trzy spusty. Do tego brak jakiejkolwiek informacji, numeru tel. do bosmana lub osoby odpowiedzialnej. Głucho, ciemno i nikt nic nie wie. Od „miejscowych” dowiedzieliśmy się, że zaraz po otwarciu zamknięto przystań i nikt nie wie kto ma klucz. Nie pozostało nam nic innego jak płynąć dalej, do prywatnej przystani w Sztutowie, do której numer tel. znalazłem w informatorze o Pętli Żuławskiej. A właścicielom przystani chciało się dla nas specjalnie ją otworzyć i uruchomić potrzebne media.

W Sztutowie obowiązkowym dla każdego punktem zwiedzania powinien być obóz koncentracyjny. Jakże inny od tego w Oświęcimiu, a jednocześnie jakże znamienny w swej wymowie, o pogardzie człowieka dla człowieka.

Podczas odwiedzin w Muzeum Zalewu Wiślanego w Sztutowie, po którym oprowadzał nas i niezmiennie ciekawie opowiadał burmistrz miasta, mogliśmy poznać wiele unikatowych eksponatów mówiących o ciężkiej pracy miejscowych rybaków. Otrzymaliśmy również ciekawe pakiety z materiałami promującymi Sztutowo i okolice.


Następne miejsca naszej rejsowej wędrówki to Krynica Morska –zupełnie pusta pomimo długiego weekendu, z wiecznie zafalowanym portem i prawie brakiem infrastruktury sanitarnej. Nową się jeszcze buduje, a stara tylko z zimną wodą, otwarta przez chwilę rano i może 3-4 godziny wieczorem, okres swej świetności ma bardzo dawno za sobą. Mniej więcej to samo w Piaskach, pomimo zapewnień w porcie stoi tylko jeden Toi Toi i to po „rybackiej” stronie. Nabrzeże wyremontowane, dostosowane do cumowania jachtów, ale ponowny ten brak sanitariatów.

Bądźmy jednak sprawiedliwi w ocenie, ogrom pracy jaki już został włożony w przebudowę portów Zalewu Wiślanego, pomimo złożoności materii, bo z jednej strony wszechobecna ekologia i jej abstrakcyjne niekiedy wymagania, przepisy Urzędu Morskiego, a z drugiej potrzeby turystów wodniaków, dają pewność, że już nie długo nie będziemy się mieli czego wstydzić przed żeglarzami chcącymi przypłynąć z zachodu drogą E-70 do Kaliningradu.

Jak zawsze niezmiernie gościnnie byliśmy witani w Nowej Pasłęce, w przystani Domu Rybaka i jej dobrego ducha Rysia Dodę. Zaciszna, z y-bomami przystań,         z wodą i prądem przy kei, zawsze robi dobre wrażenie i jest rzeczywiście ostatnim bezpiecznym przystankiem w drodze na drugą część Zalewu Wiślanego. Kto chce naprawdę poznać uroki żeglugi po tym akwenie powinien obowiązkowo odwiedzić to miejsce. A będąc w Nowej Pasłęce nie mogliśmy nie odwiedzić Braniewa, tym bardziej, że zaproszenie otrzymane od Burmistrza Miasta i Przewodniczącego Rady Miejskiej zobowiązywało. Niestety nie da się dopłynąć do Braniewa z postawionym masztem, w wielu przypadkach dopiero położenie bramki masztowej pozwala przejść pod zakałą rzeki Pasłęki, tzn. mostem niby zwodzonym w Nowej Pasłęce. Piszę niby, bo najstarsi mieszkańcy nie pamiętają już kiedy ostatni raz był on podniesiony.

W samym Braniewie wybudowano całkiem przyzwoity pływający pomost cumowniczy, z pobliskim budynkiem socjalnym.

Dzięki uprzejmości Burmistrza, który dla naszej wygody zamówił dużego busa, jego własnym opowieścią i dowcipnym komentarzom Przewodniczącego Rady Miejskiej, mieliśmy okazje poznać miasto wzdłuż i wszerz, łącznie z przejściem granicznym z pobliskim obwodem kaliningradzkim w Gronowie. Fascynująca podróż, łącząca ponad 700 letnią historię miasta ze współczesnością zakończył wspólny obiad, a później jeszcze spacer wokół braniewskiego amfiteatru.

Pomimo, że włodarze miasta mieli w tym dniu również inne obowiązki służbowe zechcieli poświęcić nam sporo swego prywatnego czasu, aby opowiedzieć nam o swoim mieście i pochwalić się jego osiągnięciami. Było nam niezmiernie miło i czuliśmy się zaszczyceni taką gościnnością, tym bardziej, że było w niej widać autentyczne zaangażowanie obu Panów, rodowitych mieszkańców Braniewa, w sprawy swojego miasta.


W dniu następnym przy zachodnim wietrze i podnoszącej się fali dotarliśmy do Fromborka. Pływanie po Zalewie Wiślanym to trochę zgaduj zgadula, gdzie akurat rybacy ustawili sieci i z której strony trzeba omijać tyki z dwoma czerwonymi oznaczeniami.

A Frombork jak przystało na miasto Kopernika powitał nas w gościnnych progach muzeum Wielkiego Astronoma. Przy okazji zwiedzania muzeum, w katedrze wysłuchaliśmy przepięknego koncertu organowego. Tutaj ponownie powrócę do naszych ukraińskich gości. Wsłuchując się w utwory Bacha czy Ravela po raz pierwszy mieli okazję poznać te dzieła w takiej interpretacji. I byli co najmniej zachwyceni. Oczywiście znali prezentowany repertuar, ale ogrom fromborskiej katedry, wspaniałe, doniosłe w swych dźwiękach organy, każdego mogły przyprawić o drżenie serca.


Z Fromborka szybki przelot do Tolkmicka, ale nie ukończone jeszcze wschodnie nabrzeże spowodowało, że nie mielismy gdzie bezpiecznie zacumować na noc. Szybka decyzja i płyniemy do Suchacza lub Nabrzeża. Wybraliśmy tę drugą przystań, gdyż w Suchaczu u Agniesi i Roberta Wojtusiaków nie było w tym dniu miejsca. Szkoda, że tak klimatyczne miejsce, wspaniali i gościnni właściciele nie mogą rozbudować czy choćby zmodernizować własnej przystani. Za to ogród, wręcz mini park nawodny, z tunelami z wikliny, oczkami wodnymi i kładkami, wspaniale skomponowanymi kwiatowymi klombami, az cieszy serce. Zapewniam, że każdy kto choć raz spędzi noc na przystani w Suchaczu usłyszy ten tajemny głos, który każe mu tutaj jeszcze wrócić.

Przystań w Nabrzeżu, zbudowana w ramach projektu Pętli Żuławskiej jest przystanią z całą infrastrukturą i nic wiecej. Woleliśmy przejść 300-400 m do Suchacza, by najpierw przy ognisku, a potem w świetlicy posiedzieć, powspominać i pośpiewać razem z innymi gośćmi przystani i wspaniałymi gospodarzami. Dziękuję jeszcze raz Agnieszce i Robertowi.

Pożegnalny wieczór przeciągnął się z czwartku na piątek, potem tylko kilka kilometrów kanału elbląskiego i jesteśmy ponownie w gościnnych progach Jacht Klubu Elbląg.


W sobotnie popołudnie ostatnie łodzie zostały załadowane na przyczepy i część uczestników rejsu jeszcze w sobotę, pozostali w niedzielę, rozjechali się do swoich portów przeznaczenia. Ja sam w pierwszą niedzieli wakacji przetransportowałem łódkę do Kostrzynia nad Odrą, aby 30.06.2014 r. rano rozpocząć drugą część tegorocznej włóczegi po wodzie, rejs w siedem łodzi do Brukseli.

Podsumowanie. Jak każde przygotowania organizacyjne i sam rejs dały mi możliwość poznania nowych ludzi, zetchnięcia się z nowymi problemami, a w tym rejsie nawet po części z barierą jezykową. Jak wcześniej napisałem było mi przykro, że tylko pięć łodzi zdecydowało się wziąć udział w rejsie, ale realia szlaku Pętli Żuławskiej bardzo szybko zweryfikowały mój wczesniejszy dylemat. Zupełnie nie wyobrażam sobie pobyt załóg zakładanych 15 łodzi na przystani w Rybinie (zamkniętej na cztery spusty), w Kątach (część socjalna piękna, ale jeszcze nie odebrana przez nadzór budowlany, czynna mniej więcej przez 3 godz. dziennie),       o Krynicy Morskiej, Piaskach czy Tolkmicku już wspominałem. Wcale nie lepiej było we Fromborku, tam gdyby nie uprzejmość Tadzia Karpowicza, który udostępnił nam do cumowania klubową część przystani, też byłby problem z brakiem miejsc. Nawet podgrzewacz wody w prysznicu ulokowanym na przystani był nieczynny, bo Urząd Morski „zapomniał” podłączyć go do prądu. Dwa Toi Toi i koniec. Ot i proza życia.

Aby jednak nie popadać w pesymizm, ogrom pracy już włożonej przez Jurka Wcisła i Zbyszka Ptaka robi wrażenie. Pewnie jeszcze nie do końca pełna zgoda poszczególnych samorządów zlokalizowanych nad Zalewem, co do przyjetych kierunków w rozwoju a potem promocji, zabiera czas i po trochu mści się ogólną opinią o projekcie, który zawsze będzie niewydolny jak jego najsłabsze ogniwo.

Patrząć jednak z punktu widzenia turysty wodniaka, żeglarza, z ogromnym zaciekawieniem będę wracał na Szlak Pętli Żuławskiej i wody Zalewu Wiślanego, aby przekonać się, że chcieć to móc, czego najlepszym przykładem są urzędy marszałkowskie obu województw.

Z wielką atencją Centrum Turystyki Wodnej PTTK zaprasza na te wspaniałe wody  i z przyjemnością będzie weryfikować odznaki „Szlak Pętli Żuławskiej” w stopniu złotym i srebrnym, których regulamin jest zamieszczony na stronie www.polskieszlakiwodne.pl

 

Kończąc i pozdrawiając żeglarsko

Komandor rejsu

Wojtek Skóra

Poprawiony: środa, 17 września 2014 08:47
 
Rejs 2014 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
sobota, 15 lutego 2014 10:11

Serdecznie zapraszamy wszystkich żeglarzy i motorowodniaków, nie tylko z pod bandery PTTK, chcących odkryć atrakcje turystyczne i krajobrazowe Delty Wisły i Zalewu Wiślanego. Rejsem tym chcemy pokazać, że mogą one być na równi ciekawe z rejsami po kanałach Holandii, Niemiec czy Francji.

Rejs "Poznajemy Pętlę Żuławska i Zalew Wiślany 2014" odbędzie się w dniach 07-29 czerwca 2014.

Zapraszamy do zapoznania się ze szczegółowym harmonogramem oraz regulaminem rejsu:

REGULAMIN REJSU

Karta zgłoszeniowa

Zapraszam na rejs.

Pozdrawiając żeglarsko

Komandor rejsu

Wojtek Skóra

 


Poprawiony: poniedziałek, 28 kwietnia 2014 18:40
 
Nagroda Przyjaznego Brzegu 2013 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
wtorek, 25 marca 2014 18:52

Wykaz laureatów  X edycji Nagrody Przyjaznego Brzegu za 2013 r.

 

GRAND PRIX - Camping Marina PTTK w Szczecinie

Za stworzenie uniwersalnej oferty turystycznej w żeglarskim Szczecinie

Nagrody Przyjaznego Brzegu

Kategoria  - za budowę i rozbudowę infrastruktury wodniackiej

1. Miasto Brzeg

Za stworzenie nowoczesnej przystani służącej wodniakom i żegludze pasażerskiej

2. Krystyna i Grzegorz Borowscy z  Chorzępowa nad Wartą

Za uruchomienie na Warcie przystani wodnej

3. Dom Warmiński

Za stworzenie sieci stanic kajakowych na Łynie

4. Miasto Kamień Pomorski

Za rozwój infrastruktury żeglarskiej i budowę największego portu jachtowego w regionie

5. Miasto Łomża

Za nową przystań na Narwi, na szlaku z Wisły na Mazury

6. Nakło – Powiat Nakielski

Za rozwój szlaku Noteci i budowę nowoczesnej przystani miejskiej

7. Miasto Puławy

Za nowoczesną przystań jachtową na Wiśle

8. Stowarzyszenie Związku Portów I Przystani Jachtowych Lokalnej Organizacji Turystycznej Zachodniopomorskiego Szlaku Żeglarskiego

Za stworzenie sieci portów Zachodniopomorskiego Szlaku Żeglarskie

9. Miasto Ślesin

Za wzorowe wykorzystanie środków unijnych na budowę Przystani Wodnej przyjaznej wodniakom

10.  Miasto Zalewo

Za zaangażowanie miasta w rozbudowę szlaku wodnego Jezioraka i budowę nowoczesnej mariny

 

Kategoria - za popularyzację i promowanie turystyki wodnej:

11.  Wydawnictwo ALMA PRESS

Za ćwierć wieku konsekwentnej budowy polskiego rynku książki dla wodniaków

12.  Miesięcznik Biznes i Ekologia

Za docenianie wagi polskich wód i popularyzację turystyki wodnej

13.  Projekt Pomorski Krajobraz Rzeczny

Za stworzenie projektu turystycznego ożywienia obszarów przygranicznych

14.  Subiektywny Serwis Internetowy – Jerzy Kuliński

Za konsekwentne budowanie opiniotwórczego i niezależnego serwisu informacyjnego dla żeglarzy

 

Kategoria - Nagrody Specjalne Przyjaznego Brzegu:

Mirosław Czerny

Za wieloletnią pracę jako sekretarz jury NPB

Wojciech Górski

Za wyszkolenie kilku pokoleń żeglarzy uczonych w sposób kompetentny i życzliwy

Marek Halter

Za niespożytą energię w promocji szlaków i przystani żeglarskich

Jarosław Kałuża

Za organizację i prowadzenie Wiślanych Flisów Królewskich oraz inne inicjatywy dla Wisły

Elżbieta Marszałek

Za wiele lat pracy poświęconych rozwojowi turystyki wodnej na Odrze

Roman Zamyślewski

Za serię unikatowych przewodników – albumów map dróg wodnych

 

Laury X- lecia Nagrody Przyjaznego Brzegu:

Miasto Dąbrowa Górnicza

Za konsekwentny rozwój oferty turystycznej nad unikatowym kompleksem  jezior Pogoria

Miasto Nowa Sól

Za rolę lidera w turystycznym zagospodarowaniu Odry i rozbudowę infrastruktury

Województwo Zachodniopomorskie

Za integrowanie i wspieranie licznych projektów wodniackich o randze europejskiej

Związek Miast i Gmin Nadnoteckich

Za konsekwentne rozwijanie szlaku wodnego Noteci oraz nowoczesne i spójne inwestycje

 

Poza jury, dyplomy Ministra Sportu i Turystyki:

Andrzej Gordon

Wojciech Skóra

Stanisław Latek

Mirosław Czerny

Leszek Mulka

Zygmunt Babiński

Elżbieta Marszałek

Edward Kozanowski

Zbigniew Ptak

Poprawiony: wtorek, 25 marca 2014 19:03
 
«pierwszapoprzednia123456następnaostatnia»

Strona 1 z 6

Joomla themes, affordable business hosting.